Tag Archives: praca

Taniec ludowy

Moja prawa ręka otwiera lodówkę. Moja lewa ręka wyciąga masło. Papier brudzi palce.  Prawa ręka otwiera. Lewa ręka wyciąga. Tłusty odcisk palca. Jedyny w swoim rodzaju. Prawa kubek łyżeczka. Lewa cukier herbata. Ram pam pam. Prawa czajnik wrzątek. Lewa unik hop. Prawa chleb. Lewa ser. A głowa pośrodku. Nie bierze udziału. Tututu. Głowa nie. Ocalić głowę. Prawa noga robi krok. Lewa dostaw. Lewa krok. Prawa dostaw. Uginamy kolanka. Tańczymy po raz tysiąc pięćset sto dziewięćset. Odcinek dwa tysiące dwieście osiemnasty.

Dobrze opanowany układ, wielokrotnie powtarzany, do przysłowiowego, tak, do wiesz czego. To nie jest taniec na rurze, to taniec ludowy, polska salsa solo. Samo się tańczy. Wystarczy wcisnąć play, wystarczy otworzyć oczy na dzień dobry i już się pląsa. Samo się stało, samo się opanowało, poprzez sumienne powtarzanie kroków. Lewa dostaw. Prawa dostaw. Z życiem.

Nie myśleć nie myśleć. Że kończy się mleko. Myśleć o słowach. Pisać o przypalonym serze. I bioderkiem zamykamy szafkę, bo jak ręce są zajęte, to jest taka figura bioderkowa do wykorzystania.

Tylko nie myśleć nie myśleć, co na obiad.
Co na obiad?  I do tańca obiadowego już bum bum, lalala.

Mówię, że nie chcę. Nikt tego nie bierze na poważnie. Że mogłabym przestać. Nawet ja sama nie biorę tego na poważnie.

Czyż nie dobija się koni.  To jest taniec którego się nie zapomina. Jak jazdy na rowerze. Ring, ring. Lewa na mokro. Prawa na sucho. I obrót.

Zatańcz ze mną. Nauczę cię kroków. Mówisz, że nie ma potrzeby, tak wspaniale opanowałam figury, deptałbyś mi po palcach. Ram pam pam. Nawet smaczne, mówisz.  To moja nagroda.

Lewa ręka chowa. Prawa ręka zamyka.  Tyle mojego, że złapałam do głowy ten wpis.  Tram pram.

Reklamy

Pokolenie Y

Moja kariera zawodowa wykazuje jednak pewną stałą tendencję.  To znaczy – chociaż zajmuję różne stanowiska, to:
zarabiam coraz mniej
pracy mam coraz więcej
pracuję z coraz młodszymi ludźmi.
Osoby bardziej w moim wieku są już w pokoikach dla ważniaków. Ja w sali hali open space pełnym ludzi więcej o dekadę młodszych. Tak z daleka to nawet nie widać różnicy.
A z bliska to czasem zaskoczy mnie, że oni mają takie gładkie twarze, takie jędrne skóry. Jakby wszyscy wrócili właśnie z kolonii nad morzem.
A tak bardziej z bliska to jestem na obcej planecie.

Potrzebny natychmiast. Internetowy kurs języka dla średniozaawansowanych wiekiem. Internetowy słownik slangu tego gangu. Multimedialny słownik młodości. Szybkości. Nowe ciuchy jakieś. Nowe kreacje i aplikacje. Kiedy wpadam do pracy na chwilę z młodym i z rysunkami z przedszkola, które pani kazała mi zabrać na koniec roku w liczbie chyba dwustu, to widzę siebie. W ich oczach stoi ciotka klotka. Mama ciama. Ja. Królowa imprez. Ja. Buszujący w zbożu. Ja. Gałązka Edwarda eS. Stoję z rysunkami. Mamo, wypadł ci pan robot na ziemię…

Wracamy do domu, a oni zostają.


Nowe życie cd

Korytarze korporacji. Korporacji korytarze. Po prawej stronie łazienka po lewej kuchenka. Zapełniają się pracownikami. Kawa z mlekiem. Z mlekiem kawa. Jeszcze włosy mam mokre, odżywką odżywione. Obiecuje nam ranek wszystko co chcemy mieć. Gotowi i zrelaksowani. Idą raźno jak wycieczka w klasy maturalnej. Klima działa. Działa klima i kofeina działa. I zachęca do pracy. Hej ho. Na żyznych polach wyspy La Gomera dojrzewają banany. Są tak małe, że się mieszczą w dłoni.

Siedzę prościuteńko. Wycieram dłonie w czarną spódnicę. Jestem za wcześnie. Jestem za późno. Jestem za bardzo jak zwykle. Gdzie tu są jacyś dorośli ludzie? Co te dzieciaki z nimi robią? Może ich mielą na  te ciastka, co je reklamują? Może moja kawa z mlekiem zawiera śladowe ilości pracowników przeterminowanych?

Za oknami drzewa. Po prawej stronie fontanna po lewej szlabanna. Można jeszcze wyjść. Co ja tu robię do cholery. Pani czeka na mnie na mnie. Jędrna postać uśmiecha się do mnie brzoskwiniowym uśmiechem. Zerwana jesienią na wydziale zarządzanie, w warunkach wspomaganie genetycznego przezimowała tu i zakwitła. Opowiem pani o produkcie.

Na pustej stacji benzynowej chłopak przelicza drobne. Brakuje mu tak mało na butelkę wody. Jest mu tak gorąco.

Produkt pyszni się na slajdach, na rzutnikach. Jest dość wymagający, jest dość obiecujący. Najważniejsze że jest chrupiący. Że jest ekscytujący. Co ja o tym myślę. Czy nie uważam. Czy ja to czuję? Czy jest to dla jasne? Co proponuję. To musi chwycić, czy ja to rozumiem? Dzieci lubią awokado, jeśli mogą je same zerwać i przekroić. Czy swoją pracę należy lubić? Przecież niekoniecznie.

 Na Morzu Beringa płynie prom. Dziewczyna przechyla się przez barierkę i wstrzymuje oddech.  Wieloryb jest ogromny.

Gdzie pani się widzi za pięć lat… Dlaczego chce pani u nas pracować… Co pani wniesie do zespołu…


Nowe życie, część pierwsza

Ja i kolega z mojego miasta siedzieliśmy w słońcu na ławce i rozmawialiśmy o tym, co słychać u jego rodziców. Historia brzmiała mniej więcej tak. Moja matka nagle zdziwaczała. Wszystkiego się czepia. Toksyk w domu wprowadza. Do ojca pretensje wnosi nie wiadomo o co. Kręci się po domu jak wariatka. Miejsca znaleźć nie może. Tak to jest, jak się nigdy w życiu nie pracowało.

Zdziwiłam się – jak to nigdy? Że nigdy nigdy? Mało, mówi on. Uznała, że to dla niej zbyt stresujące.

Majowe słońce paliło nas w czoła. Wizja mnie samej jako wiedźmy pomidorowej gderającej nie chciała się oddalić.

Bo wolny zawód to nie zawód. Siedzisz w domu. Masz myśli różne. Niby pracujesz, ale tak naprawdę wszyscy myślą, że siedzisz. A jak wszyscy, to ty też zaczynasz tak myśleć. A matka z wolnym zawodem – ta to jakby siedzi podwójnie. Krząta się, gdera. Do ludzi nie wychodzi.

Zdecydowałam. Chcę biura i biurka. Chcę narzędzi biurowych i posiłków biurowych. Chcę biurowego szefa i biurowych godzin. Jadwigo. Wracam do gry.

Jakież było moje zdumienie, kiedy jedna z przedstawionych mi wcześniej ofert, niesłusznie przeze mnie uznana za nieatrakcyjną, okazała się wciąż aktualna. Praca ta, wprawdzie na umowę o dzieło, ofiarowała mi wymarzone biurko i pensję wystarczającą na pokrycie czesnego w przedszkolu publicznym i kosztów paliwa na dojazdy. A dodatkowo miłą atmosferę pracy w młodym dynamicznym zespole. W marketingu jeszcze nie robiłam, ale moja wstępna prezentacja na temat ciastek okazała się wystarczającą fascynująca, że mnie normalnie zaprosili na „od teraz”.

No to poszłam…

C.D.N.


List motywacyjny

W odpowiedzi na ogłoszenie, które się ukazało, zgłaszam swoją kandydaturę na stanowisko.
Nie jestem pewna, czy jestem dobrą kandydatką oraz, czy spełniam jakiekolwiek wymagania do podjęcia tej pracy. Ale, jak czegoś nie zmienię w swoim życiu, to chyba zwariuję. Posiadam wykształcenie humanistyczne, czyli mało co wiem, ale potrafię to jakoś zakamuflować. Obecnie żałuję, że nie pozostałam przy jakimś praktycznym zawodzie, coś może z gastronomii albo edukacji przedszkolnej, do czego jeszcze nawiążę poniżej.

Swoją karierę zawodową rozpoczęłam na stanowisku od czapy w firmie, której nie lubiłam, dzięki czemu zdobyłam doświadczenie w czymś, co mi nie jest potrzebne i mnie nie interesuje.
Po kilku latach pracy w tym zawodzie, zaczęło mnie mdlić. Na początku myślałam, że to spodziewany efekt wypalenia zawodowego, ale okazało się, że jestem w ciąży. W tej, jakże typowej,  sytuacji wyszło moje całkowite nieprzygotowanie do podstawowych  ról życiowych przypisanych kobiecie. Nie wiem, po co wychowano mnie i wykształcono na osobę niezależną, skoro to wszystko nijak ma się do rzeczywistości.

Dziś pragnę powrócić na rynek pracy, choć nie jestem nawet w połowie tak atrakcyjna, jak studentki ubiegające się o to samo stanowisko.

Moim atutem jest to, że jestem optymistyczna jak nie wiem co. Z prawdziwych problemów to w zasadzie nie mam żadnych. Jak mnie słabość najdzie i na przykład nie wiem, co na śniadanie dziecku zrobić, zawsze szukam pomocy na jednym czy innym portalu internetowym. W temacie zdrowo i pysznie dla dziecka i mamy. W długie zimowe wieczory od siedemnastej do dwudziestej pierwszej zawsze mam pod ręką papierowe rolki, sznurek i czyste pudełka po jogurcie, aby kleić edukacyjne zabawki, które uczą i bawią. Problemy w związku już mnie w zasadzie nie dotyczą. Nie jestem pewna, czy związek mnie jeszcze dotyczy.
Potrafię być samokrytyczna. Zdaję sobie doskonale sprawę, że moje tymczasowe obniżenia nastroju są jakże tymczasowe. Czasem dolegają mi takie drobiazgi jak: rutyna, totalny bezsens, consensus i kompromis, ale wystarczy, że się zastanowię, a już wiem, że prawdziwe problemy mnie szczęśliwie ominęły. Niesłusznie doszukuję się dziury w całym.

Na pytanie, gdzie widzę się za pięć lat, chętnie nie odpowiem, ponieważ wywołuje ono u mnie napad paniki i mam ciemność przed oczami i uciska mnie w klatce piersiowej.

Bardzo chciałabym robić coś wyjątkowego i chciałabym w coś wierzyć i mieć życiową misję, ale nie wiem jaką. Jakąś fajną.
Moim dodatkowym atutem jest komunikatywność i bardzo dobra znajomość języka angielskiego.

Jeśli  Państwo są zainteresowani moją kandydaturą, proszę o kontakt mailowy lub telepatyczny. Do listu motywacyjnego dołączam zdjęcie dziecka, bo jest takie ładne, dużo ładniejsze niż ja. Mam nadzieję, że państwa zainteresuje.
Z góry dziękuję za rozważenie mojej kandydatury i czekam na odpowiedź. Od teraz z poważaniem. T.S.


Mam miotłę jestem wiedźmą

Jak mówiła Dana – kobieta w związku przechodzi fazę wiedźmy. Ale potem znowu jest faza „że super jest”. I miłość rozkwita na nowo, bo miłość, jak wiadomo z wiarygodnego źródła, cierpliwa, nieczepliwa i niezrzędliwa jest. Dana też była wiedźmą, ale na szczęście to było dawno. Tak dawano, że prawie nie pamięta. To było wtedy, jak jej dzieci były małe…

 Jest brudno, proszę cię wstań i umyj. Pobaw się z dzieckiem. Posprzątaj po sobie. Nie chodź w butach. Przecież ja wczoraj tę podłogę… Jak to kiedy? O jedenastej w nocy, jak wstawiłam dzieci do pralki a pranie spać… Pomóż mi. Proszę, pomóż mi. Padam z nóg. Jest tego za dużo. Chcę, żeby było czysto. Nie wiem, czemu tego chcę. Nie potrafię nie chcieć. Ktoś we mnie, za mnie o tym decyduje. Chcę, żeby obiad, żeby prasowanie, żeby czytanie dwadzieścia minut codziennie. Chcę pracować i nad pracą się skoncentrować. Ale nie mogę. Mleko masło brokuły obijają się po zwojach mózgowych cielęcina wieprzowina kurczak.

Pomóż mi, zabierz mi te myśli z mojej głowy. Raz jeden w świątek piątek, jeden cholerny raz! Bo zwariuję.

Tylko spokojnie, masz rację. Przecież nie płaczę! Popatrz na mnie. Popatrz, kim się staję. Biegam, jak biega moja matka i twoja matka. One w bieganiu osiągnęły już pewien stopień perfekcji, Tak, jak nasi ojcowie osiągnęli perfekcję w siedzeniu przy stole. Żaden się nie zerwie. Ale ja nie jestem perfekcyjna. Zobacz. Przypalam. Rozgotowuję. Rozlewam. Psuję. Piorę białe z kolorowym. Masz jeszcze szansę. Pomóż mi. Weź tę miotłę. Leć, kochany, leć ponad swoje geny i memy. W imię miłości. W imię tamtej miłości (pamiętasz jeszcze?) błagam, kup mleko masło i zetrzyj marchewkę z jabłkiem bez pytanie mnie o cokolwiek!!

Pomóż mi. Zanieś te jebane naczynia do zmywarki. Dlaczego?? Jak to dlaczego?! Nie wiem, co na obiad jutro. Jak to, skąd ty masz wiedzieć? Zastanów się. Potem to kup. Potem to zrób. Potem to podaj. Potem posprzątaj. Tylko tyle. Siedem razy w tygodniu. Trzydzieści razy w miesiącu. Kochani, zabieram was dziś do restauracji.

Wypchaj się swoją restauracją!!!!

 …

 Życie z wiedźmą proste nie jest. Trzeba cierpliwie przeczekać. Dzieci podrosną. Ktoś inny im zacznie gotować. A jak jest córeczka, to i dom z czasem ogarnie. Sprawy wrócą do równowagi. Rodzice się przytulą. Buziaczek na zgodę. Wiedźma zapomni o wkurwie, strachu i samotności, tak jak zapomni o bólu rodzenia, nieprzespanych nocach, mleku, maśle i cielęcinie. Będzie może trochę bardziej milcząca. W jej oczach trochę jakby mniejszy zachwyt nad nim. Uśmiech taki dziwny… nieee, chyba mu się tylko wydaje. To tylko zmarszczka…

 Wiedźma nie zapomni nigdy, mój drogi.


Mama wraca do pracy (z dedykacją dla Efy)

Wstaje w środku nocy, śpiąc brnie do łazienki w m3 jakby to była kobieca wyprawa na Kilimandżaro.  Doprowadza się do wyglądu. Zmywa z siebie Tę co wstaje w nocy pięć razy. Robi z siebie Tę co do pracy wraca. Budzi Jego, budzi dzieci. Nie ma czasu na przytulanie, ledwo jest czas na to, żeby się nie pożreć, nie poobrażać, nie poturbować.

Jedzie korkami, a myśli:  a Mała jak przedszkolu, a szkarlatyna panuje, a glut, a alergia, a zaległa wizyta u psychologa. A niania do Młodszego, a czy da radę, a czy on zje, a czy nie będzie chciał to a tamto, a czy nie zapłacze. A czy On zdąży Małą odebrać, a czy go w pracy nie zatrzymają jak w czwartek. A czy ona, matko najświętsza nie zapomniała czegoś?!  Nie, wszystko jest. Żeby tylko telefonu do laktatora nie podłączyć w tym zamieszaniu.

Im bliżej pracy, tym ona myślami dalej od domu: a czy jej biurko, a czy jej komputer, a czy koleżanka zauważy, że manicure nie miała od roku? A czy schudła już? A czy da radę ogarnąć?

Wchodzi przez szklane drzwi.  Rozgląda się.  Ktoś się wita z nią uprzejmie jej imieniem prawdziwym, a nie pseudonimem „mamo”.  Ona wie, że się tu naharuje, że się nadenerwuje (wydzwoni do domu, do męża wszystkie swoje darmowe minuty).  Będzie zasypiać na stojąco, będzie zużywać rezerwy energii nie wiadomo skąd jeszcze wykrzesane.

Tym razem jednak dostanie za to pensję!


%d blogerów lubi to: