Tag Archives: recenzja

nie ma nie ma jest

Nie wiem, gdzie mieszka Błażej Król, ale chcę myśleć, że w domu z ogrodem. Wśród krzaków dzikiego wina (i samosiejki) ma okrągły stolik, bardzo chwiejny i kilka krzeseł, nie wiem ile, ale najmniej dwa.

pora na dobranoc bo już księżyc świeci
dzieci
my nie chcemy mieć dzieci

Kuchenkę na sto procent ma gazową, łóżko w sypialni szerokie, nigdy niepościelone. Razem z żoną obserwuje pająki, które łażą tam, gdzie upadł kawałek arbuza na trawę. Wszystko to robią we wtorek o trzynastej.

a to co było a nie jest
wraca po trzykroć

Jak tak stoję na koncercie nowego Króla, to czekam. Czy zaśpiewa takie zdanie, jak tamto, wiesz które.  Zdania takie, jakie czasem jeszcze znajduję w akapitach książek, których nie ma w empikach (ale Ł. mi polecił, bo zdobył i słyszał, że warto). Autor bałkański, rumuński albo turecki. Postacie, które prawie da się powąchać, piją caykur w szklankach lepkich od cukru. Ktoś zrywa cytrynę prosto z drzewa, a ono nie chce puścić.

…zaraz, zaraz, bo mnie chyba poniosło. Skąd caykur w Gorzowie? Pewnie Król herbatę słodzi na maksa.

Więc jestem na koncercie. Czekam.

Ogólnie polskiej muzyki słucham beznamiętnie. Czasem, jak tekst jest cyniczny, ma to jeszcze językową świeżość. Kiedy jednak zamarzę o tym, żeby posłuchać czegoś o uczuciach, to dostaję zaraz „bezkresny horyzont” lub „skradzione niebo” lub jakąś inną głębię jak mówienie sobie dość, to nie tak miało tak być, łzy jak krople deszczu i inne rozterki na oceanie uczuć. Nie mogę tego słuchać. Dostaję choroby morskiej. Nie ma tekstów, na które czekam, nie ma, nie ma.

Dlatego jestem na tym koncercie i to jest trzeci raz w ciągu roku.  Jest to bardzo mały koncert, gdzie scena bar i ja to właściwie jeden kij i dwa końce. Piłam umiarkowanie, ale jednak. Teraz czekam.

powoli wypuszczać powietrze
czy przebić balon szybkim ukłuciem

męczyć się w gryzącym swetrze
połknąć czy zająć się żuciem
?

No i masz.

Może mogłabym wczoraj mniej pić i wydać mniej. Nie byłabym taka zadowolona. No i nie miałabym na biurku trzech płyt Króla, które lecą jedna po drugiej, druga po jednej, w miarę jak ten, bardzo dobry, weekend dobiega końca.


Bam. Bam.

Taki film dla facetów i pewnie się na nim wynudzę. Angielski humor, dużo, dużo krwi, poprzedzonej strzałem bez tłumika. I na pewno nie zrozumiem intrygi kryminalnej. Już bez przesady, że ten Colin eF to takie cudo. Albo gra marynarzy albo bandytów i bałamuci polskie aktorki.
Gdzieś na sali kinowej ktoś kwiczy ze śmiechu przy każdym dialogu. Ma widocznie ogromną empatię na humor. Jest też nie do końca trzeźwy. Jak ja przetrwam ten seans bez butelki rumu?!

„7 psychopatów” to najbardziej inteligentna komedia, jaką ostatnio widziałam.  Inteligencja jest sexi, więc jestem pobudzona jak po wykładzie profesora Zimbardo zmutowanego ze Woody Allenem. Film ze specjalną dedykacją dla ludzi, którzy piszą. Dla tych, którzy „wymyślają” historie, a może raczej je pożyczają od innych („pożyczają” to takie ładne słowo… jakby mieli oddać).  Szczególnie dla tych, którzy lubią o historiach rozmawiać, machać rękami, krzycząc „a ja to widzę tak”, „i on wtedy…”, „a ona wtedy…”. To są najfajniejsze momenty pracy scenarzystów i -stek.

Film nie jest o strzelaniu, lecz o pisaniu scenariusza filmowego, który staje się niebezpieczną rzeczywistością. Niebezpieczną, ale potrzebną bohaterowi, żeby czegoś ważnego  doświadczyć. Film ma warstwy. Sam się komentuje i sam się obserwuje.

Marzyłbym – mówi główny bohater – żeby od tej pory do końca nie było już żadnej strzelaniny. Tylko rozmowy, rozmowy prawdziwych ludzi…

Tak się nie robi, myśli widz – jak to? Umówiliśmy się na strzelanie, strzelaliście co pięć minut w pierwszej część! Gonią was bandyci!

W szkołach uczą, że widz bardzo  lubi wiedzieć, co się wydarzy. Zadaniem opowiadającego jest ten komfort zaburzać. Im częściej tym lepiej. Wtedy ciekawość rośnie (sprawdza się dobrze przy opowiadaniu bajek). Naprawdę nie jest łatwo zaskoczyć mnie tyle razy. To jest inne, świeże uczucie, jakby w gorący dzień wskoczyć do fontanny.

Bandyta: Ręce do góry.

Hans: Nie.

B: Mam broń.

H: I co z tego?

B: To bez sensu!

Film nie jest o strzelaniu ani o psie, ale o przyjaźni, dziwnej i w sumie wzruszającej. Główny bohater pobiera od życia naukę, dokładnie tak jak być powinno.  Bo nie wszystkie zasady można łamać, to jasne.

Puenta jest taka, że czasem warto dać się zaskoczyć. Iść tam, gdzie normalnie byśmy nie poszli, bo normalnie chodzimy na inne filmy, jak już znajdziemy czas, żeby w ogóle. Bam. Bam. Dajcie się zaskoczyć.

Uwaga. W filmie nie ginie żadne zwierzę. Poza tym ginie wiele osób.

I jeszcze jedno. Colin eF nie jest już tylko marynarzem. Jest w moim dzisiejszym rankingu najlepszych aktorów świata, najlepszym aktorem świata. Wybaczam mu Bachledę, alkoholizm i Los Angeles, wybaczam mu wszystko. Colin – jak to się zdrabnia?


Sikam przy kasłaniu, pierdzę przy kichaniu…

„Nie jestem pisarką.” No, nie jest. Jill Smoker, amerykańska blogerka napisała książkę czy też wydała teksty z bloga w formie książki.  To nie jest żadne „Piąte dziecko” ani „Czarne mleko”, co więcej – nie podoba mi się ani tytuł ani okładka. Nie czytam bloga scarymom.com ani nie robię tam zakupów w zakładce „shop”.  Co ja i ona możemy mieć w ogóle wspólnego?
Ale jednak przeczytałam szybko i bez zgrzytów. Dobra – z przyjemnością ją przeczytałam. Dwa razy się wzruszyłam i kilkanaście razy śmiałam się głośno, co na pewno było uwzględnione w biznes planie tego projektu. Może mnie trochę zamroczyło, bo czytając, siedziałam sobie na tarasie drewnianego domku i machałam palcem bez buta i bez pedicure. A może Jill Smoker mnie uwiodła, bo jestem fanką matek wielodzietnych (gdzie wielodzietność oznacza każdą liczbę dzieci powyżej jednego)?

Pisze o ciąży, kupach, glutach. O tym, że nie karmiła piersią i jak ją za to oceniano w sklepie. Pisze o tym, że nie daje dzieciom organicznego jedzenia, tylko tosty z serem: „użeranie się z gotowaniem tylko ze składników nieprzetworzonych, mogłoby mi zaszkodzić całkiem serio”. Pisze, że ma samochód z wbudowanym odtwarzaczem bajek (zgroza!) i że jej dzieci chodzą spać, kiedy chcą, bo ona ich już nie ma siły usypiać. Pisze,  że choć obiecywała sobie, że w jej domu nigdy nie będzie plastikowych karabinów i koszulek z wizerunkami bajkowych postaci, to złamała większość obietnic. O tym, że coś takiego jak wypoczynek rodzinny nie istnieje. O tym, że nie bardzo lubi inne dzieci…

Ona po prostu pisze, że jest gorszą matką niż ja!

Wszystkie chcemy, jak my bardzo chcemy być dobre w te klocki. I bokiem nam wychodzi, to, że tak bardzo chcemy. Jedyne co nam czasem zostaje, to trochę się do tego zdystansować. Nie zwariować. Naprawdę bardzo wiele mnie dzieli od amerykańskiej scarymommy. Ale, kurcze, tak samo, zawsze zapominam swojej pasty do zębów, kiedy jedziemy na wakacje. I potem myję zęby tą dziecięcą o smaku arbuza (której oczywiście nie zapominam nigdy).

***

Po jakimś czasie prowadzenia bloga, Jill Smoker umożliwiła dodawanie anonimowych komentarzy w sekcji zatytułowanej później: konfesjonał. Te komentarze stanowią znaczną część książki.  Spis grzechów macierzyństwa.

„Udaję, że jestem szczęśliwa w roli siedzącej w domu mamusi, ale czasem mam wrażenie, że powoli umieram.”

„Zapisałam się na fitness, żeby korzystać z darmowej opieki dla dzieci. Zostawiam je, a sama siedzę w szatni.”

„Codziennie rano całuję na pożegnanie swoją wychodzącą do szkoły naburmuszoną nastolatkę. Zamykam za nią drzwi i pokazuję jej środkowy palec.”

„Mam trojaczki. Dlaczego jestem samotna?”

„Szykuję dla dzieci zdrowe drugie śniadanie do szkoły, wyłącznie dlatego żeby mnie rodzice źle nie oceniali”*

* Obszerniejsze fragmenty książki tutaj

A tu – Fsiążki.

 


%d blogerów lubi to: