Tag Archives: rodzice

Miejska legenda

Znajoma mi opowiedziała, co usłyszała na urodzinach swojej córki. Od jednej znajomej, która też tam była ze swoim dzieckiem. I która podobno to widziała na własne oczy. Ale może to nie do końca prawda, bo na urodzinach córki, wiadomo, było głośno, a nawet bardzo. Więc historia mogła ulec przemianom jakimś. Nawet nie, że celowo, ale podświadomie.

W każdym razie ta znajoma mojej znajomej była u swojej koleżanki ze studiów. I tamta od studiów ma córkę. Sześcioipółletnią rezolutną dziewczynkę. Która cały wieczór grzecznie bawiła się w swoim pokoju. Podczas kiedy one (ta znajoma znajomej z koleżanką) sobie rozmawiały, bo im się przedłużało. I tamta dziewczynka przez trzy godziny rysowała koniki i literki i nic nie chciała ani nie marudziła. Potem podobno ta jej mama ją w końcu zawołała, że kolacja. I ona, ta dziewczynka, przyszła. Podobno za pierwszym razem, to znaczy od razu. Zjadła kolację. W sensie dokładnie to, co ta mama jej podała. I nie chciała akurat nic innego tylko właśnie to. A potem podziękowała, a talerz odniosła do zlewu.

Podobno potem ta dziewczynka obejrzała dobranockę. Dziesięć minut. A potem ziewnęła i oznajmiła, że jest zmęczona. O dziewiętnastej trzydzieści. A jej mama podobno powiedziała, że ma gościa, więc, żeby ona sama, ta córka, się poszła umyła i przebrała. I podobno ona się poszła umyła i przebrała. A na końcu przyszła w piżamce w żółte misie, powiedzieć „dobranoc”. Powiedziała „dobranoc” i poszła spać.

Na urodzinach, wśród wrzasków, zasępieni rodzice zastanawiali się nad tym, co przed chwilą usłyszeli. Latający pojazd wpadł do pokoju i uderzyła tatę Sebastiana, który wylał trochę kawy na mamę Igi. Gdzie, kur…de popełniliśmy, błąd, zajęczał ten tata. A mama Igi powiedziała, że nie szkodzi, bo nie dosłyszała, co powiedział ten tata.

Ale cała ta historia może być po prostu kolejną miejską legendą…

Dziękuję bardzo autorce bloga Małżeństwo po 30 oraz Da Capo za nominacje do nagrody Liebster Blog. Zabiorę się za to, jak wymyślę odpowiedzi na pytania. Z pozdrowieniami.


Prawda oczami trzylatka

1.

Mamoo, zobacz, tutaj są dwa Murzyny!!

O boszsz! Faktycznie dwa Murzyny, między 3 a 5 rokiem życia, huśtają się z Młodym w czymś w rodzaju sieci pająka. Pragnę, żeby mój syn już przestał zwracać na to uwagę. Tak jak ja udaję, że nie zwracam. Choć przecież zwracam. Jednocześnie myślę, czy Murzyn to jest poprawnie powiedziane? Czarnoskóry? Afroamerykanin? Afropolak? Może jednak zmieńmy temat.

Murzyny żyją w Afryce! – chwali się swoją wiedzą Młody.

– Jak widać, nie tylko – mówię ostrożnie, uśmiechając się przepraszająco do dzieciaków, sorki kochani, my znać tylko Bambo…

– Tylko i wyłącznie! Tylko i wyłącznie! – skanduje moje słodkie dziecko. Przez chwilę myślę o tym, że każdy skinhead był kiedyś małym słodkim dzieckiem z przydługą grzywka i robi mi się źle. Ściągam Młodego na ziemię (dosłownie i metaforycznie).

– Nie można tak mówić.

Dlaczego?

– Bo to nieprawda. Ludzie o ciemnej skórze mogą mieszkać wszędzie.

Czuję opór masy.

– Tylko w Afryce, tylko w Afryce. Wiem to. Wiem to.

Młody nie rozumie. Trzeba by odpuścić i wrócić do tego później, ja jednak zbyt się obawiam o uczucia tamtych.

– Nie chcę tego więcej słyszeć!

Błąd! Błąd! Wyją syreny alarmowe! Młody zaplata ręce na piersi.

– Nie lubię Murzynów!!

No i masz! Wracamy do domu. Ja z poczuciem totalnej porażki, on absolutnie pewien, że Murzyni to psujzabawy.

Kilka dni później widzę, że gania się po podwórku przedszkolnym z czarnoskórym Aleksem.

– No i co? – pytam – czyli jednak lubisz dzieci, które mają ciemną skórę?

– Coś ty, mama! Aleks nie ma ciemną. On ma czekoladową.

Osz ty! Takie to było proste!

2.

– Mamo,  ja nie chcę siadać na fotelu Lorda.

Lord – kochany, wielki, nieco zeschizowany pies żył z moimi rodzicami przez piętnaście lat. Zdechł kilka miesięcy temu pozostawiając wszystkim ranę w sercu.

– Lord nie żyje, możesz siadać.

– Nie żyje?? Ale babcia mówiła, że on śpi.

– Lord umarł. To nie to samo.

– Na zawsze umarł?

– Na zawsze.

Młody zachmurzony.

– I nigdy już tu nie siądzie?

– Nigdy.

Młody podchodzi powoli do fotela, główka spuszczona. Czuję jak mnie ten szew po ranie w sercu ciągnie.

Nie chcę siedzieć na fotelu Lorda – powtarza Młody cicho.

– Czemu? – mam ściśnięte gardło.

Młody wzdycha głęboko. –

– Bo ten fotel śmierdzi.

3.

– Tato! Tato. Zobacz jaki stary staruszek!

Staruszek zbliża się żwawym krokiem, bo wcale nie jest takim znowu staruszkiem. Mijając Młodego, uśmiecha się.  Młody się  nie uśmiecha. Patrzy tylko smutno i głośno mówi do swojego taty.

– On niedługo wyginie.

Naprawdę bardzo Pana przepraszamy.


Od dziś jestem eko

Jednym ze wspanialszych pomysłów, na jaki można wpaść po pojawieniu się na świecie dziecka, jest gwałtowne przeistoczenie się w eko-rodzica. Jakby samo przeobrażanie w rodzica nie nastręczało wystarczającej ilości wyzwań natury psychicznej i organizacyjnej. To nic, że wcześniej jadało się głównie w kebabach, barach szybkiej obsługi lub pochłaniało catering ze styropianowej zastawy. Od dziś, od teraz, wbrew niewyspaniu i braku czasu, pod sztandarem zdrowia dziecka, rozpoczynamy swoją przygodę ze zdrową żywnością Przemiana w eko rodzica, zwłaszcza nagła, jest tylko pozornie wyborem samodzielnym i kierowanym wyłącznie względami zdrowotnymi. Fakt, że akurat było się na obiedzie u eko szefa (którego córka na widok białego chleba dostaje spazmów, a cytrusy jada tylko latem w Grecji), to czysty przypadek. Zero presji środowiskowej, po prostu chcemy być zdrowi. Moda? Ależ skąd, to jest przecież kwestia świadomości! W podejmowaniu decyzji na pewno nie ma udziału telewizja śniadaniowa czy portale internetowe. Oni po prostu potwierdzają, to, co już wiemy – że wszystko jest toksyczne, źle wyhodowane, w najlepszym przypadku źle podane. Nienawiść do żywności nie ekologicznej, wzmacnia system motywacyjny rodziców, daje siłę i wytrwałość do osiągnięcia sukcesu jako bio – matka i eko – ojciec. Niezwykłe użyteczne w tym celu są informacje w stylu: „żywność taka jak boczek, kiełbasa, słodycze, wpływa na mózg podobnie jak kokaina lub heroina”, albo „ dzieci, którym podawano chipsy miały iloraz inteligencji niższy o kilka punktów niż ich rówieśnicy, których dieta bogata była w warzywa, owoce i ryb”. Informacje te zmieszane z dwiema porcjami bezgranicznej miłości do dziecka, porcją strachu o jego prawidłowy rozwój i ze szczyptą niewiary w metody swoich rodziców, daje efekt murowany.

Podstawa czyli zaopatrzenie.

Eko rodzic powinien być mistrzem planowania. Po pierwsze trzeba się zaopatrzyć w produkty które nas nie trują, czyli zlokalizować eko sklep (zapominamy o bazarku). Jeśli mieszkamy w dużym mieście, zlokalizujemy go raczej bez problemu. Jeśli mieszkamy na wsi, to już jesteśmy eko. Zaznaczam, że eko zakupy planujemy wcześniej o jakiś tydzień przed posiłkiem. Mięso dowożą raz na tydzień, jaja i mleko dwa razy w tygodniu, także jest i przygoda i pożytek. Wystarczy przygotować sobie w Excelu plan obiadów na dwa tygodnie do przodu i luz.

Szczęśliwa kura, czyli eko język.

W początkowej fazie zakupów lekkim szokiem może się wydawać sposób opisywanie produktów, które zamierzamy nabyć. Szczególnie podkreślany jest fakt, że mięso na bitki pochodzi od szczęśliwych zwierząt. Tak – szczęście to jest to słowo, którego się często w kontekście zakupów mięsnych używa. Jeśli przypadkiem samemu nie jest się doszczętnie szczęśliwym, co zdarza się pewnie 97% populacji, to przynajmniej jest szansa na przyjęcie szczęścia pod postacią eko rosołu. To na pewno jakoś się musi przenosić na nasze samopoczucie. Szczęście kurom na przykład zapewnia między innymi świeże, wiejskie powietrze, dostęp do trawy i wolnego wybiegu z możliwością siadania na grzędach i przebywania w stadzie (działa, prawda? każdy by tak chciał). Niektórym krowom komfort psychiczny podnosi masażysta. Niewątpliwie nie zakłóca tej idylli również „bezstresowy ubój”. Nie mogę przestać myśleć o tym, jak można zestawić słowo „bezstresowy” i „ubój”. To coś w stylu „elegancka odzież używana”. Być może jednak ten ubój naprawdę jest bezstresowy, może jakoś znienacka, że się krowa nie zorientuje. Być może tłumaczy im się, że są ogniwem szczęśliwego łańcucha pokarmowego i to je dodatkowo relaksuje. Także wiele o odchodzeniu z tego świata od takiej krowy można by się dowiedzieć.

Bioceny, czyli eko szok.

Krótko. Eko żywienie jest bardzo drogie. Ceny produktów wahają się od „drogie” do „horrendalne”. Dlaczego? Ekologia, jak wiadomo, jest drogą słuszną i tylko promowanie jej na szeroką skalę, może dać wymierne efekty i uratować naszą planetę od zagłady. Innymi słowy – żeby ekologia była skuteczna musi być tańsza niż inne rozwiązania. Człowiek jako istota racjonalna i z natury leniwa, wybiera rozwiązania łatwiejsze i tańsze. Hodowanie produktów ekologicznych jest podobno droższe. Kury nie karmione antybiotykami rosną dłużej. Na zdrowy rozum, ekologiczne gospodarstwo nie wymaga jednak aż takich nakładów finansowych, jak farma nie ekologiczna. Nawet ludzie z Warszawy bywają czasem na wsi (większość zresztą stamtąd pochodzi) i wiedzą że ani mleko prosto od krowy ani indyk ani kura od gospodarza nie są droższe niż w warszawskim supermarkecie. Skąd się biorą zatem ceny przebijające często kilkakrotnie te w sklepach? Nie wiem. Wydaje mi się jednak, że kreowanie eko jedzenia jako produktu luksusowego nie propaguje ekologii, a daje efekt dokładnie odwrotny.

Przepisy, czyli eko test.

Kiedy już zaliczymy się do eko elity, dzięki zaopatrzeniu się w produkty warte pół naszej pensji, przystępujemy do działania. Eko przepisy dzielimy na proste i skomplikowane. Proste to takie, w których rozpoznajemy wszystkie składniki, tylko po nazwie produktu dodajemy bio.

Oto przykład: Ratatouille ekologiczne 500g cukinii BIO, 500g bakłażanów BIO, 3 pomidory BIO, 2 cebule BIO, 2 ząbki czosnku BIO, 1 łyżeczka ziół prowansalskich BIO, 1 łyżka oliwy z oliwek BIO, Sól i pieprz.

Przepisy dla zaawansowanych pełne są natomiast tajemniczych składników dostępnych tylko w Japonii, niektórych rejonach Peru i Namibii, ale na szczęście jest kilka osób w Polsce które znają kogoś, kto zna kogoś, kto wie, gdzie to kupić. Dobrze jest zatem znać ludzi, udzielać się w Internecie i śledzić rozwój wypadków. W ten sposób przyrządzanie posiłku nabiera posmaku przygody, a może nawet gry fabularnej. Po opanowaniu potrzebnej terminologii, możemy zagłębiać się dalej w wiedzę, na temat tego, jak się gotuje, co z czym i kiedy. Można też odważyć się na pierwsze konwersacje w eko slangu, np.:

„Pełne ziarna zbóż i kasze przyrządzam bez soli, z dodatkiem kombu albo wakame.”

„Dopiero na talerzy przyprawiam gomasio. Gomasio własnego wyrobu oczywiście. „

„Jaś uwielbia galaretki warzywne z agarem. „

„Do naleśników używam tylko melasy. Hania za nią przepada.”

itd.

Nie od razu Rzym zbudowano.

Pod żadnym pozorem nie przyznawaj się, że twoje dziecko nie tknęło jeszcze żadnego z twoich obiadów i podejrzewasz, że przerażona babcia dokarmia wnuczka parówkami i kaszką. Trzymaj się planu, przepisz dziecko do prywatnego przedszkola z odpowiednią dietą, poproś o podwyżkę w pracy i zatrudnij kogoś do przyrządzania posiłków w domu, bo sama raczej nie dasz rady. Ewentualnie odpuść na chwilę, zabierz dzieciaka na lody (albo przynajmniej sorbet), spokojnie zastanów się jakie są priorytety żywieniowe całej rodziny, zacznij powoli, np. od wyłączenia cukrów lub zastąpienia mlecznych słodkich deserków płatkami. Gwałtowne przejście na eko grozi efektem ekojojo.


%d blogerów lubi to: