Tag Archives: rodzina

Śniadanie

Weekend momentem prawdy dla każdej rodziny. Wszyscy jesteśmy w domu. I nigdzie się nie wybieramy. Myślę z niepokojem. Jak to będzie. I jak to będzie fajnie. Marzy mi się śniadanie, co by je Słowacki potraktował jak opis przyrody.

Cały tydzień śniadań się razem nie je, to teraz takie jakby wyczekane. Tylko, że, w zasadzie, rzecz podrzędnie nadrzędna, kto powinien je zrobić? I dlaczego, rzecz nadrzędnie podrzędna, nikt się do tego nie pali? Nie pali się. Ogień w kominie. Nikt się pcha do lodówki. Nie ma komu ułożyć serwetki i podać serwis do herbaty. Ene due rike fake i morele baks. Wstaję

Stoję w piżamie, a przede mną góra naczyń z wczoraj. Niby sobota a jednak jakby wtorek. Nagle. Ręce mi się przyspawały zaplątały. Nie potrafię ich wyciągnąć. Nie potrafię nimi ani westchnąć ani machnąć. Że co tam.

Pragnę śniadania. Pali mnie hamsunowy głód. Głód ostateczny. Ale nie mogę się zmusić, żeby zacząć. Nie mogę.

A może. Zamiast tego.

Pojedziemy do Ikei. Dawno mieliśmy.

Jedziemy. Jest fajnie. Normalnie czerwone zielone. Mijamy skrzyżowania, na których moglibyśmy skręcić. W las. Wygrzebać spod śniegu pożywienie i nakarmić się wzajemnie. Drogi podrzędne nadrzędne, na których, moglibyśmy zawrócić. I jeszcze raz spróbować. Zjeść wspólne śniadanie. Najważniejszy posiłek dnia. Bez którego. Nic dobrego. Tik tak. Tyka tykająca bomba. Kochanie śniadanie. Ja nie płaczę. Ja po prostu jestem głodna. Przecież zjadłam kanapkę? Nic nie zjadłam. To co jem, mnie nie nakarmia. Jakbym jadła papier z solą.

Na parkingu w Jankach setki głodnych rodzin. Setki pustych żołądków. W kolejce po szwedzkie kulki. Z kartą rodzina Ikei. Przyjeżdżamy głodni, wyjeżdżamy głodni. Trochę się najedliśmy szwedzkich półek, ale oddaliliśmy się jeszcze dalej od swoich mężów i dzieci, na które krzyczymy. Jest nam jeszcze zimniej. Kupujemy kołdrę. Jest nam jeszcze głodniej. Kupujemy talerz. Gubimy dzieci w magazynie samoobsługowym. One gubią nas. Tak to jest  jak się nie je śniadań.

Reklamy

Pobudka

Śniła mi się Chustka. Że byłyśmy w knajpie. To była taka knajpa dla chorych. Chustka miała swój stolik. Ale ja też miałam swój. Na moim stoliku stały dwa talerze. Jeden z niedojedzonym ciastem czekoladowym. Grała orkiestra na żywo. Panował nastrój rozrywkowy. Panował nastrój, żeby teraz teraz teraz. Hej, głośniej muzyka. Hej, jeszcze raz to samo.
Ja jednak chciałam żyć długo i smutno. I mieć tak ze troje dzieci. Chciałam zapytać Chustkę, co robić. Ona jednak była w towarzystwie, uśmiechała się tylko do mnie przelotnie.
Cięcie.
Siedzę na łóżku. Pieprzony wyż znad bieguna północnego. Niebo jest żółte od słońca. Nie da się leżeć i nie da się śnić. Trzeba gdzieś iść. Śpiące dziecko wygląda na starsze. Kiedy się tak postarzało? Wczoraj wieczorem spadło z fotela. Bu bolało. Jednak ma się te super moce. Super moce na takie noce. Zamienia się krew i łzy w herbatę z cytryną. Wszystko się zagoi. Do wesela jeszcze tak daleko.
Cisza tego domu jest jak przed burzą.
Ja jestem ciągle jak przed burzą.  Od zła wszelkiego. Boję się wewnątrz i zewnątrz. Dopóki się nie obudzą. A z nimi moje super moce. Zamienią strach w jajko na miękko. Kawę czarną i gorzką, zabielą i osłodzą. Pobudka. Pobudka już.


Dwie takie same lale

Skwarki na kromce. Słone i chrupiące. Babcia podsuszała chleb, bo świeżego nie lubiła. Cerata w kwiaty lepiła się do łokci. Tu i tam miała cięcia po nożu, do których nie można było wkładać palców, choćby się chciało. Dwie takie same herbaty w takich samych szklankach. Szklanki w blaszanych koszyczkach. Sól posklejała się w solniczce.
Patrzyłaś mi na ręce. Czy nie mam więcej. Patrzyłaś i układałaś sobie na talerzu tak samo jak ja miałam. Jak to zwykle młodsze dziecko. Naśladowałaś. Skwarki były słone, a szynka miała takie białe mokre błe dookoła. Ale jadłyśmy, bo babcia specjalniedlawas poszła na targ po mięso. Mięso na zupę. Mięso od baby.

Miałyśmy tylko dwie zabawki. Dwie lalki. Jedna była taka Krakowianka jak się patrzy. Ruchome powieki opadały na niebieskie oczy. Policzki lśniły różem. A usteczka ach. Krakowianka była moja moja. Krakowianka była taka sama jak druga lala, ale chudsza. Ale grzeczniejsza. Ale lepiej się uczyła i w ogóle nie pokazywała majtek.

Druga lalka była śniada, ciemnowłosa jak ty. Twoja Cyganeczka. Miała kaftanik z cekinów. Miała ciemne oczy jak umalowane.  I choć obie lalki były takie same, to Cyganeczka była jakby niższa, pulchniejsza i silniejsza. Lepiej dogadywała się ze zwierzętami. Była odważniejsza. Potrafiła warknąć na babcię. A wtedy mówili Cyganeczce, patrz jaka ta Krakowianeczka. Patrz. Nie taka jak ty. Patrz, jaka ta Krakowianeczka grzeczna. Ach, jaka ona, patrzyłaś.

Lale siedziały na haftowanych poduszkach. I obie były takie same, ale Krakowianaczka była bardziej.
Dostawałyśmy po kromce z kiełbasą i schodziłyśmy po schodach na zakurzone podwórko. Miałyśmy sukienki. A ja ładniejszą. Jadłyśmy kiełbasę. Ja zawsze do końca a ty zależy, czy miałaś ochotę.
Na placu zabaw stały dwie rakiety. Wysoka dla mnie a niska dla ciebie.

Nocami rysowałyśmy sobie na plecach zagadki. Czasem ja pierwsza, czasem ty. A kolejność zawsze ustalałam ja.
Nocą lalki spały, a my podsłuchiwałyśmy jeszcze, że rodzina to a tamto. A na moich rodziców nigdy nie było biadolenia. A jak nas przyłapali pod drzwiami to raczej była twoja wina.

Teraz rozumiem, dlaczego te wspomnienia mamy prawie takie same, ale prawie.
I dlaczego jesteś wegetarianką.


Ludzie w płaszczach

Uwierzyłbyś? Że jestem z nimi połączona. Że jestem wypadkową genów i memów tych ludzi? W czapkach, w beretach, w filcowych kapeluszach nasuniętych, wedle jedynej obowiązującej po siedemdziesiątce mody, całkiem na czoło. Spokrewniona z mężczyznami w płaszczach. Które opinają ich okrągłe brzuchy. W szalikach, spodniach, butach na specjalne okazje. Moja krew jest w tych cienkich żyłkach, w żylakach. Płynie wokół blizn po cesarce, po wyrostku, po raku i we wgnieceniu po obrączce na opuchniętym palcu. Wszystkie historie tych ludzi składają się na moje miejsce tu. Ich emigracje. Niechciane ciąże. „Sroga zima w styczniu trzydziestego pierwszego roku, kiedy nieśli mnie do chrztu…” Ślady na rękach, nogach i innych narządach. Po Niemcu, Rusku, po głodzie, po chorobie, po nieudanym samobójstwie, po skrobankach. Po legitymacji partyjnej, po znaczku Solidarności, po zielonej karcie, po powołaniu do służby wojskowej, a nawet do duchowej. Po cioci Zosi, która nie miała nogi, ale zawsze interesowała się innymi, ale nikt nigdy nie interesował się nią.

Moja historia zaczęła od ich głosów wokół mnie. Nosili mnie na rękach. Przesiadywali w pokoju rodziców. Pili i wydawali się ciągle zadowoleni. I nigdy się nie bałam, bo wyglądali jakby nic im nie zagrażało, kiedy są razem w pokoju i piją. Chociaż może umierali ze strachu. Co we mnie jest z nich? Z tych ludzi w płaszczach? Jak mnie całują, jak mnie łapią za łokieć za mocno. Wiem, że coś jest. Coś.

Wokół nas kręcą się jakieś podlotki. Te same, co były tłustymi dziećmi w rajtuzach, które huśtałam na metalowych krzesełkach z łańcuszkiem. Przyglądają mi się dziwnie.


Zupełnie inna historia

Kiedy mój czternastoletni przyszły ojciec parzy sobie palce ostatnim machem papierosa bez filtra, jest już po dwudziestej trzeciej. Światła w internacie są pogaszone. Część chłopaków na sali już śpi.
– Wiesiek? – syczy mój ojciec w stronę górnej pryczy – Ej? Wiesiek?
– Czego? – Wiesiek Mucha wychyla się. Nie śpi.
– Weź, zgaś mi to.
Mój przyszły kochany tato podaje Wieśkowi niedopałek. Wiesiek znika. „Tato” opada na niezbyt puszystą poduszkę,  ruda głowa kumpla pojawia się znowu.
– Nie ma już miejsca, ledwo upchłem.
W rurze od łóżka piętrowego, która służy za nocną popielniczkę skończyła się pojemność.
– Staszek?
– Śpię.
– Za dwa dni jest wiosna. Pierwszy dzień.
– No i? – sennie mruczy mój przyszły tata, teraz ledwie czternastoletni chudy blondynek – Że rzucamy palenie?
– Sam się rzuć na łeb – rechocze Wiesiek – Szkołę wypadałoby wyprowadzić na labę.
Mój tata milczy chwilę.
– A damy radę?
– To kwestia organizacji – Wiesiek pogardliwie spluwa w ciemność i zaraz potem śpi.

Organizacja przeszła sprawnie. Na wycieczkę, zamiast na lekcje, udał się cały internat, nie licząc kilku łamistrajków. Wszystko byłoby dobrze. Gdyby Jarek Ćmiel nie nasikał na stacji kolejowej na peronie. Ktoś zadzwonił, że chamstwo, że co to za młodzież. Dorośli mają w głowach wojnę z młodymi.

Staszek i Wiesiek do dyrektora!
Niefart. Akurat chłopaki załatwili sobie u chudego kucharza podwójną porcję kotleta. Jeden kotlet ukryty był pod ziemniakami, (które dziś nazywamy pure, ale wtedy były po prostu ziemniakami), a drugi normalnie na wierzchu. A załatwiali sobie u chudego na różne sposoby. Wczoraj akurat mieli zrobić coś śmiesznego. I to śmieszne to był tańczony twist. A tu z kotletów teraz nici. a jeść się chce po takim spacerku całą szkołą. Tylko doszli na stołówkę. Staszek i Wiesiek!! Do dyrektora!! Chyba się jasno wyrażam!!

– Podejdźcie. Chuchnijcie.

– Nogi wam z dupy powyrywam!!

Była afera. Babcia wzięła wolne z huty i przyjechała. Wściekła się, ale dziadkowi nie pisnęła nic, bo by jeszcze co zrobił dziecku. Jakoś z czasem przycichło.

Wiosna była piękna. Za oknami pracowni plastycznej grzało słońce.
– Sorze, ja muszę wyjść – zajęczał mój tato.
Sor milczał. Mój t. podszedł do katedry i wytarł brudne od gliny ręce w fartuch.
– Muszę – powtórzył.
– Jak musisz, to idź.  – padła odpowiedź.
Stanisław J, późniejszy szanowany nauczyciel dzieci i młodzieży, przestąpił z nogi na nogę niecierpliwie. Sor westchnął, zerknął na klasę, a wtedy wszyscy, jak jeden mąż, zatopili oczy w pracach plastycznych. Sor sięgnął do kieszeni i podał ojcu jednego papierosa. Mój tato bez mrugnięcia okiem schował go do kieszeni i wyszedł z klasy.

Uliczki Jarosławia nagrzały się jak w jakiejś Grecji, niespodziewanie dla wszystkich, już w maju. Nawet drzwi do szewca były otwarte na oścież. Wyszła przez nie dziewczyna. Było jej za gorąco w płaszczu w kratę. Wystawiła na chwilę twarz do słońca. Wiesław Mucha obejrzał się za nią. Zaciągnął się papierosem.

– Słuchaj, skoro w zasadzie jest już lato… – obaj siedzieli na krawężniku przed szkołą. – To tak sobie myślę, czy byśmy może nie popłynęli na spływ?
– Na spływ?
– No. Kajakami.
Staszek przyglądał się swoim butom. Że im się podeszwa odkleja.
– A gdzie?
– A do Warszawy na przykład.
Staszek nie był jeszcze w Warszawie.
– Ale nie mamy kajaków.
Wiesław uczył się strzelać niedopałkiem do gołębi.
– No, nie mamy.  To chyba będziemy musieli jakoś… pożyczyć.

San płynął do Wisły. Słońce grzało. Gołąb przestraszony poleciał do góry. Dziewczyna zdjęła płaszcz, bo naprawdę zrobiło się upalnie.


Nikogo

Zniknęły z mapy sklepy spożywcze. Zniknęły daty przydatności do spożycia. Zniknęła pani z wędlin, pani z ryb, pani z kasy nie ma. Nie istnieje. Zniknęły batoniki sprzed kasy, przy których zawsze o jezu. Zniknęły turkające kółka wózka. Zniknęły kotlety, emenemsy, zdrowe i niezdrowe produkty żywnościowe.

Pojawił się na mapie sklep z butami. I ciastka z kawą. I sushi! I jak pada deszcz na asfalt, to asfalt się robi mokry, czarny i dziwnie pachnie.

Tak to wygląda, przyznaję. Jak dziecka nie ma w domu.

Już można by wracać do domu, ale jeszcze nie trzeba. Jest w nim czysto i dziwnie. Nie szumią pralki zmywarki. W lodówce nie ma produktów ani z hipermarketu ani w zasadzie znikąd. Jest dwieście piętnaście kontaktów zapisanych w telefonie. Ludzie po tamtej stronie kontaktów jedzą akurat kolację, oglądają seriale. Zapraszają. Kanapki są z pesto. Serial jest śmieszny.

Nie ma pośpiechu.

Dwie gałki. Pistacjową i truskawkową. Albo nie, waniliową jednak. Omijam szerokim łukiem plac zabaw. Idę tam tamtędy. W zasadzie się okaże, gdzie idę, jak dojdę.  Jak siądę. Truskawkowe kapią na trawę. W trawie są mrówki. Mrówki dzielą się na takie, które się żywią lodami lub nie.

Ja to wiem i dzieci to wiedzą. Ile się traci, ile zyskuje. Jak ich nie ma w domu.


Zaopiekuj się mną

Kto się boi pani es. Kto nie. Kto mi poda szklankę na starość. Kto mi poda leki. Od złego mnie uratuje, od zawału. Kto mnie uratuje przed alkoholizmem, przed izmem, szlajaniem się. Przed niewłaściwym towarzystwem, kto mnie uratuje. Kto mi w święta kupi bestseller i krem pod oczy. Kto ze mną pójdzie na wesele, jako że z osobą towarzyszącą. Kto mnie przywiezie zawiezie do szpitala, ze szpitala. Na cmentarz. Kto zajmie się zmianą opon z letnich na zimowe, z zimowych na letnie. I potem na zimowe. No kto. Zdrowie mija. Uroda panie. A kto mi potem poda rękę na schodach. Na pasach.

Kto mi powie, co gorsze. Być z tobą czy nie być. Co gorsze. Co lepsze. Na dwoje babka wróży. A jeśli, to kto mi pomoże, jak nie daj boże. Co więcej kosztuje. Co mniej. Ktoś mi podmienił związek na wagę. Na szale bez szału. Bez pytania. Czasem już nie mogę oddychać. Czy to strach. Jak mam, co mam. To przed czym?

Kto tego nie ma, kto ma? Kto się boi? Ja się boję. Kto mi poda herbatę. Idź, połóż się zaśnij. Idż nie myśl. Musisz mieć kogoś, kto ci poda.

 

 


Niepicie

Najpierw nie pijesz, bo jesteś w ciąży. Potem nie pijesz, bo karmisz (wtedy zresztą nie-picie nie jest twoim największym problemem).  Potem nie pijesz, bo każda, nawet śladowa ilość alkoholu, doprowadza cię do tańca na stole, podczas gdy reszta towarzystwa jeszcze nie dostała rumieńców. Potem nie pijesz, bo jak wchłoniesz kilka kieliszków, to kac w towarzystwie dziecka jest nie do zniesienia.

Ale

Im więcej nie pijesz, tym gorzej znosisz.  Na zdrowie.  Na drugą nóżkę.  Karniaczka i rozchodniaczka.  Język  taki bogaty, taki opisowy. Twarze takie szczęśliwe. I takie nieszczęśliwe twarze. Oczy, które widzą, co chcą.  Coś tam widzą, czegoś nie. Ta pewność siebie. Testosteron we krwi. Promil i czosnek w wydychanym powietrzu hej.

I jeszcze jeden i jeszcze raz. W imię mitów i filmów na których. Prawdziwy mężczyzna pije. Picie prawdziwego mężczyznę upoważnia. Zarówno w kwestii wypuszczenia bestii.  Oraz w kwestii rzewnych wyznań gówno wartych. A także w kwestii zachowywania się jak idiota. Ja mam serce jak piekarnik. Ale ty mnie nie dotykaj. Kontaktu ze mną cielesnego nie szukaj. Nie brataj się ze mnę, bo ja się nie bratam.

W imię tradycji polskiej, ruskiej i bałkańskiej. Dusza słowiańska. Nikt nie wie, co to znaczy. Nikt. Ale kto nie pije, ten kabluje.  Póki my żyjemy.

A trafi się jakaś rodzinna impreza, to dopiero emocje się ujawniają. Wyszedł ochłonąć, na powietrze wyszedł. Za nim ona cicho. Spokojnie tłumaczy. Bo on już jest taki odważny, taki chojrak do niej, że lepiej na spokojnie. Na grzecznie. Mieciu, Waldziu, ty zbastuj trochę.  Wystarczy ci już. Masz tu, usiądź, ochłoń. A on taki bardziej wiking jest teraz. On ma sprawy. Kurrr… ja pierrr…. chuj. Sprawy mam, siadał nie będę.

Wychodzi nie w porę ośmioletnie dziewczę o sarnich oczach. Na mamusię sarnimi patrzy. Na tatusia. Ale tatuś się trzyma. Jest w porzo. Curuś ty moja kochana. W porzo jest. Dzieci z alkoholem nie mieszać. Nie mieszać ich w to. Sami się pobawmy.

Gotuje się we mnie krew jak na wyprawie krzyżowej.  To nie moja sprawa. Nie moja. Ja nie kabluję. Ja potrafię. A jak ja wcześniej potrafiłam. Ale już nie mogę. Nie mogę.

 


Obiadek

– Polędwiczki cielęce – anonsuje Danuta, jakby mówiła o kawiorze. Jej córka patrzy na nią z podziwem. Jest w tym podziwie jakaś szczelina wypełniona niechęcią. Po brzegi brzegów.

Kiedy kroi mięso, gorący sos pryska na bluzkę i zostawia niewielką plamę. Nie lubi tej bluzki, ale i tak czuje żal.

– I świeży kompot z jabłek. – Danuta nalewa córce kompotu po sam brzeg szklanki. Trudno taką pełną szklankę przenieść do ust. Stara się. Mała rączka szarpie ją za rękaw i część kompotu wylewa się na jej spódnicę. Nie na obrus na szczęście.

Pokroj mi mamo – żąda chłopiec. On zawsze żąda, nawet jeśli wymawia słowo „proszę”.

– Pokrój mu – powtarza Danuta, tłumaczy jej słowa jej własnego dziecka – I wytrzyj się.

Wyciera więc serwetką plamy na spódnicy. Bierze do rąk nóż i widelec. Kroi soczysty kawałek. Ostrza widelca mijają miękkie wargi chłopca i lądują w otwartej szeroko buzi, pełnej niewielkich białych zębów.

– Jaki on duży – babcia wpatruje się we wnuka z bezgraniczną, zachłanną miłością. – Musicie tylko o niego dbać.

Chłopiec często choruje. Zapewne dlatego, że ona nie dba. Albo nie umie dbać. W każdym razie to jest jej wina i wszyscy o tym wiedzą.

– Duży chłop. To teraz chyba pora na dziewczynkę? – słowa ojca wybrzmiewają powoli w ciszy.

– Chciałbyś siostrzyczkę? – pyta babcia.

Chłopiec potakuje zajęty nabijaniem uciekającego ziemniaka. Wyobraża sobie tę nabrzmiałość brzucha i piersi. Wyobraża sobie niemowlę, do którego wstaje co godzinę w nocy. Które tuli samotnie w mieszkaniu na trzecim piętrze, zerkając co chwila na zegar, czekając na męża, koniec świata lub przynajmniej teleekspres.

Oni przy stole rozmawiają teraz na temat imion dla dziewczynek. Które komu się podoba.

Wydaje jej się, że wszyscy mówią na raz. Na stole leżą różne kolory: czerwony, zielony, biały… Sięga po czerwony.

– Uważaj – słyszy – Jest ostra.

Wkłada sobie całą papryczkę do ust. Gryzie. Po chwili łzy tryskają jej z oczu. Na kotleta, na ziemniaki, na obrus. Wstaje, przewraca krzesło. Upada.

Zamknięta w łazience ogrzewa czołem zimną umywalką.

Słyszy poruszenie za drzwiami.

Zaraz jej przejdzie, mówi mąż. Nie ma się czym przejmować. Matka pyta, czy może zabrać chłopca na spacer.

Czy oni zabierają go jej na zawsze?!

Zaraz jej przejdzie, powtarza mąż. Nic jej nie jest, idźcie.


Wieczór

Proszę cię, nie krusz. Przecież nie kruszę. Okruszki upadają z ust na brodę, z brody na czystą piżamę, na bose stopy, na wytartą szuraniem krzeseł podłogę pod stołem. Normalnie okruszkowy desant. Cała ceremonia wieczoru, to mycie, to ubieranie, przecieranie na mokro, na sucho i na krucho zaraz się zacznie od nowa. Masz dżem na brodzie na uszach. No przecież, że nie mam. Mówi. Wsadza rękaw w masło. Dla niepoznaki wyciera w spodnie. Przymykam oczy. Ja się nie denerwuję. W łapy nakremowane znowu wezmę ścierkę mokrą i suchą. Mam nadzieję, że mi nie zgniją. Raz. Dwa. Dziesięć.Otwieram oczy. Siedzi na stole. Nogą wyciera plamę na krześle. Chyba usiadłem na kanapce. Mamo, a o czym myślisz?

Myślę o niekończących się okruchach.

Acha.

I myślę o niekończących się herbatach.

Kiwa się jak zahipnotyzowany, zrzucając resztę okruchów.

A o niekończących się glutach?

Też.

Fajnie masz.

Fajnie.


%d blogerów lubi to: