Tag Archives: rodzina

Syn na świat

„Siedzisz?” pyta głos mojego brata z telefonu.
O o! Siadam.
„Będziemy mieli…”
O nie! Zrywam się na nogi. Mentalnie się zrywam, bo nogi mam niezrywne. Bo mam zawał serca. Ciąża. Dziecko. Poród szpital krzyk. Dziecko. Noc jak dzień, dzień jak noc. Ciemno. Zimno. Płacz. Jawa jak sen. Dziecko!
„Będziemy mieli psa”.
Psa…
Psa acha.
Cudownie normalnie fantastycznie.
Gratuluję. Tak się cieszę.
(brat ocalony!)

Wieczorem przychodzi sms od Mayi. Długi i cały po niemiecku. Nie znam niemieckiego. Tłumaczę słowo po słowie. Surowy położna rodzić chcieć nie. Rezygnować do domu iść. Walentynki noc syn na świat. Dziesięć palce malutkie. Nos zadarty mały. Radość rodzice.
Maya ma syna. Pomarszczony ssak wylądował bezpiecznie. Cieszy się moja gęsia skóra i mrugające oczy, palce się cieszą i mylą klawisze. Dziecko. Skóra i zapach. Oczy takie takie. Piąstki owinięte wokół palca. Ma dziecko.

Wszystko zależy. Ale lepiej pojawiać się tam, gdzie już na ciebie czekają. To ułatwia sprawę.

Reklamy

Gwiazda

Kto nie lubi gwiazdą być.

Takie to było łatwe kiedyś. Wystarczyło, na przykład, mieć czas. Wystarczyło odebrać telefon. Iść na koncert. Umieć trochę pić. Gadać umieć. Wystarczyło dosiedzieć do szóstej rano. Napisać wierszyk.  Znać kogoś, kto jest kimś. Podpalić lampę i przez nią przeskoczyć. Przejść się po śniegu na boso. Wielkie mi halo. Zaliczyć egzamin na kacu. Znaleźć robotę. Objechać jakiś kontynent. Głaski i oklaski.

A potem te zadania stają się nagle jakieś trudne. To się wylewa. Tamto kipi.  A skąd ja miałam wiedzieć, że coś farbuje, a czegoś się nie daje dzieciom.  Rzeczy się brudzą i wypadają z szaf. Na łeb na szyję. Trzeba je prasować.  Żelazkiem rozsmarować słonikom uszy. Zeskrobać węgiel z kotleta. Ten choruje. Ten się obraża. Takie proste to niby miało być. To ma być pomidorowa? My się tak nie bawimy.  Ale zaraz, ja jestem gwiazda, ja umiem… Halo!

Zamiast głasków w tej roli życiowej zbieram w najlepsze wieczory ciszę na sali. Publika gapi się beznamiętnie. Ziewają z nudów, patrzą po sobie niepewnie.  Pamiętacie ją? To ta? Wyglądem coś toto nie przypomina tamtej.

Czasem odezwie się jeszcze jakiś fan.
For fun.


Spacer bez pieska

Zimowy spacer. Spacer z pieskiem bez pieska. Śnieg skrzypi pod nogami. Krok, krok, zagłusza krzyk, krzyk.
Czasem wystarczy pomyśleć „nie wytrzymam, zaraz wyjdę”. Czasem nie wystarczy.
W zależności od temperatury wrzenia lawy, wychodzi się na chłodno lub na gorąco. Na Skandynawa – but zawiązywany z kamienną twarzą, kurtka, czapka, klucz… Na Hiszpana – bez szalika, ale za to z trzaskaniem drzwiami. Ja raczej na Skandynawa. Sąsiedzi nie lubią trzaskania.

Spacer bez pieska. Odbywa się po nic. Odbywa się bez celu. W kółeczko dookoła bloku, na ile starczy sznureczka.
Pierwsze kółeczko – na tzw. kombajn. Czyli – nic mnie nie ruszy, niech się goni, w dupie to mam, zabiję, wyjadę, zniknę. Lawa kapie na śnieg, psss, psss, syczy. Nogi same bez zachęty.
Drugie kółeczko – na bidulę. Oj zimno, zimno, nóżki mi marzną, kopnę śniegu kulkę. Od bloku do bloku, od drzewa do drzewa, może tu skręcę, e, może tam. Jak mnie kto zabije, będą mieli. Błąka się to to po trawnikach, potyka się o sznuróweczki. Ale lezie. Bo para te tłoki wciąż tłoczy i tłoczy.
Trzecie kółeczko – na wyhamowanie. Czwarte – to już na zmarznięte nereczki. Do domu do domu. Śnieżek dalej skrzypi pod nogami, choć to nie szamoni ani wal de zi. Choć to nie szaleństwo na stoku, tylko samo szaleństwo. Do domu.
Kiedy klateczka wyrośnie przed nosem, to jednak nie do domu. Jednak piąte kółeczko, za przeproszeniem, sobie pierdolniesz. Piąte kółeczko bez pieska jest kluczowe. Zimno i wieje, ale wózeczek i saneczki zahartowały ciało i duszę (nie chcę ale muszę). Zdajesz sobie sprawę, że to, co właśnie robisz, to kołysanie sobie robisz. Sobie samej mamę robisz, jak dziecku. Krok, krok. Robisz sobie spacerkiem bez pieska przerwę, wyrwę w świecie na kołysanie. Już dobrze, krok krok.
Przypomina mi się scena, film, nieważne. Kluczowa sprawa w piątym kółeczku to jest przyswojenie jednej myśli. Że to nie jest moja wina. Nie moja, że słabo. To nie jest moja wina. Oj, taki ze mnie terapeuta z produkcji filmowych, scenariuszy oskarowych.
Światło w oknach, śnieg pod stopami. Ukryte psie gówienka. To nie jest moja wina. Ciii. Krok, krok, kap, kap.
Kiedy wracam bez pieska, jest lepiej. Choć z twarzy wyglądam gorzej. Spokojnie już, na Tybetańczyka, przyjmuję wilgotne cmoknięcia. Gdzie byłaś. Nie odbierałaś. Nie mogłaś?

Być może piesek jest konieczny w sytuacji posiadania rodziny.


Program do delikatnych

O co właściwie chodziło? – myślę, wrzucając w bęben, bynajmniej nie akustyczny, białą i całkiem czystą koszulę.

Kristmas tej wiosny przeleciał jak woda przez sitko. Kristmas okazał się ulotny jak ulotka wręczona mi przez studenta, kiedy napierałam na drzwi sklepu z dziecięcym badziewiem. W drzwiach zderzyłam się z kobietą, co własnym ciałem ochraniała gładkie reklamówki z zygzakami i heloł kitty. W drugiej ręce dzierżyła zakupy natury spożywczej, a w trzeciej komórkę. Przepraszam, śpieszę się na pociąg, powiedziała do mnie albo do telefonu i pobiegła. Bezwzględna wola życia. Gwiazda betlejemska to przy niej co najwyżej spóźniony foton.

Nasypuję proszek z kapsułkami zamieniającymi w nicość każdy brud, ze szczególnym uwzględnieniem tego, co go nie widać. Myślę o tamtej kobiecie.

Spóźni się na pociąg, to weźmie autobus. Mało jej nie zgniotą opakowania z domkiem dla lalek, w którym mieszka drewniana rodzina dwa plus dwa. Dotrze do domu później niż chciała. W domu przytuli zimny policzek do zmęczonego zarostu męża na trzy sekundy. Jego palce, pokłute od choinki, zdejmą okruszki z jej szalika. Je w biegu i kocha w biegu. Prąd mnie kopnął przez te kurewskie, chińskie lampki, powie mąż czule.

Nastawiam na czterdzieści stopni. Po co mam prać na cieplej, jak i tak jest czyste?

Siądźcie, siądźmy do stołu. Ja siadam, ty siadasz, on siada. Nie, on biega. Powiedz mu, żeby nie biegał. Pierwsza gwiazdka się już przypala, więc siądźmy już, bo ja mam logistycznie to wszystko na palnikach i piekarnikach rozplanowane.

I mam jedno marzenie. Niech nie będzie kichy. Bo mimo wszystko przecież mamy to nastarane. Jesteśmy cool i postmodern, ale, jakeśmy się tu zgromadzili, chcieliśmy przecież zrobić rodzinę. Troszkę się wpierdoliliśmy. Ale no może się jednak uda.  Zaciskam kciuki w rękawicach kuchennych. Za nas. Oby nam się. Oby nam się nie rozwaliło.

Takie to były gusła, czary i zaklinanie rzeczywistości.  A teraz koniec kropka i zarobiona monetami szopka.


Rozumiem po norwesku

Za sprawą Wysokich Obcasów głośno huknęło na temat filmu Gunnar goes God.  Tylko spokojnie – nie jest aż tak super. Mocno stylizowany, żeby nie powiedzieć propagandowy, film o tym, że szczęście to nie grill. Prosty pomysł, który nie może się nie udać: czworo neurotycznych mieszkańców najbogatszego państwa Europy ląduje w najstarszym egipskim monasterze. Takie zderzenie pracuje samo.
Pokaz specjalny jest przeznaczony dla wariatów. Drewniane krzesełko nie jest wygodne.  Para przede mną nieustannie się obwąchuje, zasłaniając i Norwegię i Saharę. Kobieta, której nie mogę nazwać inaczej, niż – starą pretensjonalną babą, syczy pod nosem „że proszę mi nie zasłaniać”. Jak mam jej nie zasłaniać, jak ci się miziają przede mną?! Jak już wspomniałam, film jest o poszukiwaniu szczęścia. Jest taka teoria, że każdy przynosi do kina ze sobą pół filmu. No, to wyobraźcie sobie taki pokaz specjalny – banda frustratów – dokładnie adresatów tej przypowieści.
Historia Gunara kończy się tym, że on sobie obiecuje – mniej facebooka, a więcej łowienia ryb z dzieckiem i obserwowanie lodu pękającego na jeziorze.

Nie jest zwykłe to, że w tym filmie kryzys przeżywali mężczyźni! (Na czwórkę bohaterów jest trzech facetów i jedna kobieta. Wszyscy są rodzicami dwojga lub trojga dzieci.) Są puści. Są wkurwieni na odgrywanie ciągle tych samych ról. „Nie dokonałem wyboru, po prostu robię to, czego oczekują ode mnie inni:  że się zakocham, ożenię, że będę miał i wychowywał dzieci.” No i bingo. Oni naprawdę wychowują te swoje dzieci. W tym filmie ojcowie nie siedzą do późna w biurach, nie patrzą smutno na drapacze chmur, nie wznoszą oczu na narzekania swoich żon. Nie kopią smętnie kamyka, wracając do domu po dwudziestej pierwszej.
W ich życiu są dzieci. Naprawdę SĄ.
Noc. Mała blondaska siedzi na stole w piżamie, ojciec ziewa, smaruje kanapkę masłem, prawie usypia. Cięcie. Facet usiłuje pracować w domu przy komputerze, kiedy dzieciaki biegają po domu. Wyłącz ten telewizor! Cięcie. Facet usiłuje prowadzić samochód z trzema dziewczynkami na pokładzie. Co chcecie na obiad? Co ja mam zrobić na obiad?! Cięcie. Pięcioletnie bliźniaki biegają po sklepie z zabawkami, są nie do ogarnięcia. Facet siedzi na podłodze sklepu, oklapnięty, zmęczony. Cięcie. Gunnar biega po domu w fartuszku, w nosidełku dziecko, w ustach smoczek, bo nie ma wolnej ręki… Cięcie.
Gunnar gada z mnichem o śmierci. Mnich się śmierci nie boi. Gunnar zza kadru „kiedyś nie bałem się śmierci, nawet jej pragnąłem (później w dyskusji ktoś mu zdiagnozuje depresję), ale kiedy urodziło się moje dziecko… (kamera „z ręki”: słodki dwulatek łazi po ogrodzie) to pokochałem go tak, że…” Gunnar siedzi na betonowym łóżku gapi się w kamerę „nie mogę nigdzie odejść. Ale też nie mogę być wolny. Nie mogę nie bać się śmierci, nie teraz”.
No, kurwa.
Jest im to dane. Dane jest tym biednym bogatym dostąpić tego, co w innych krajach Eu zarezerwowane jest tylko dla kobiet.


Grupa docelowa jakiegoś fajnego produktu

Taki portret wspólny mój i nie tylko.

Dzieciństwo w blokowisku, w chowanego w piwnicy. Rodzicielstwo nie bliskości, lanie i kochanie.

(Mija kilka lat.)

Podstawówka, cycki, miesiączka.

(Mija kilka lat.)

Listy na papierze, płyty na adapterze, trzaskanie drzwiami. Wyrwać się stąd, wyrwać. Głupie miasto. Miłość. Bum. Bach.

(Mkj)

Warszawa da się lubić. Cuda wianki, pióra w dupie. Sklepy nocne, maria huana. Studia jakoś się w to upchło. Miłość. Trach i ciach. To nic. Obejdzie się. Zabawa na całego. Mamo, tato. U was w mieście śmierdzi, jedzie trupem na ulicy.

Nowe jorki, amsterdamy to jest życie, to jest to.

Noga w gipsie po pijaku.

(Mkj)

Stolyca bierze, co chce. Bilet cztery zeta, jogurt sześć, ale za to eko. Pod moim blokiem rosła eko pietruszka, baranie. Do pracy godzina w te a druga wewte. Dziecko marnowane w korku. Nie znam sąsiadów, nie ma kogo zapytać, jak leci. Ale widziały gały, co brały. Tylko nie przypuszczały, że to zdrapka pułapka. Pustak.

U nas dobrze wszystko. Mamy kredyty, które nas dyscyplinują i nie wyjedziemy do Peru, tylko nad morze, żeby jod był.

Mamo, tato, sory i pardon, u was nie jedzie trupem.  Żartowałam. Gówno wiedziałam.


Wesołe mnie nie rusza

Chciałabym pisać wesoło i ku pokrzepieniu serc. Także czekałam cierpliwie, aż mi się taki wpis skomponuje. Ale się nie skomponował. Wesołe mnie nie rusza. Niewesołe natomiast rusza mnie bardzo. Rezonuje we mnie. Leci jak dobrze ułożone domino. Niewiele mi trzeba, żebym nakapała do gara zasmażkę łez. Potem podała, posprzątała i schowała się w wannie. Nic mi nie jest.

Nic jest mi cały czas.

Takie zachowanie się w pop języku nazywa weź nie przesadzaj, w staropolskim nie rób z igły widły, a w psychiatrii to jeszcze nie wiem jak się nazywa, ale pewnie się dowiem. Także jak tylko woda wystygnie, wracam ładnie do życia, żeby jeszcze włożyć naczynia do zmywarki i poczytać na dobranoc, nie emanując, w miarę możliwości, toksyczną matką. Elmer wprawdzie czasem rozmazuje mi się niebezpiecznie w jedną kolorową plamę, ale to pewnie astygmatyzm.

A kiedy mi przyjdzie się pogodzić z tym stanem rzeczy, nie wiem.


Spod stołu

Co to była za impreza. Rodzina stawiła się licznie, mimo lokalizacji niesprzyjającej. Ja ogólnie raczej unikam, tym razem jednak nie uniknęłam. Bo, jako dziecko, w zbyt wielu imieninach brałam udział. Rodzice wyjść lubili, a ja nie lubiłam zostawać sama. Więc ja się na imieninach znam jak mało kto, prawie z mlekiem matki wyssałam. Perspektywa spod stołu, pamiętacie, oczka na rajstopach, co to się je potem na szklance łapało, za ciasne buty, dziurawe skarpety i spadające śledzie w cebulce! Ćtap.

Także nic mnie nie mogło zaskoczyć. A jednak. Ciocie przyjechały przebrane za babcie. Ich pulchne radosne policzki zapadły się w upudrowane buldogi. Wujki siwe i pokurczone jakieś. Smarki, co im gluty wycierałam, stawiły się jako osoby dorosłe i pijące, a jakże. Trochę się śmiali, trochę pili, trochę kaszleli. Nie bardzo wiedziałam, jak zacząć te rozmowy pod tytułem co słychać. Co słychać? Nie widzieliśmy się pięć dziesięć piętnaście. Także tylko donosiłam im i dolewałam, dzielnie się uśmiechając. Aż się trochę poluzowali i zaczęli się rozłazić po terenie grupkami. Jeden wujek siwy bardzo chciał z młodym grać w piłkę, że się zasapał niebezpiecznie. Rozpoczęły się śpiewy nieuniknione. Poszłam dolać tym, co przy ognisku. Jedna ciocia tam kiełbaskę piekła, co w uesa mieszka. W uesa rodzina nie istnieje – stwierdziła ciocia arbitralnie. W uesa nie dzieje się dobrze. Tu jeszcze się ta więź trzyma, a tam już się wszystko pozrywało, popękało. No to się z tą ciocią w spór wdałam, że może to dobrze, bo rodzina to, wiemy już od Szekspira, podłoże dla pleśni i psychoterapii. Na to ciocia ze śmiechu plunęła ketchupem. Mówi, że w uesa każdy ma terapię. Że ta samotność zżera ich tam od środka. Pokiwałam głową. Zza krzaka doszło do mnie „psst, psst”. Kuzynka jarała tam cienkie, a że nie jara, taka jak ja, to razem wyrajałyśmy po jednym. Niestety ojciec akurat przyszedł i zapytał, co robię. Poczułam się dziwnie, ale wyznałam, że mam trzydzieści pięć lat, więc spokojnie. Ojciec wydawał się zaskoczony moim wiekiem. Nie wiedząc, co powiedzieć, zapytał, czy wiem gdzie moje dziecko.

Poszłam szukać dziecka.

Siedziało pod stołem i wszystko bacznie obserwowało.


Rozmawiaj ze mną

Te rozmowy. Spisać, wydrukować i dowolnie pociąć. Podzielić się rolami przypadkowo. Nie ma znaczenia, kto co mówi, ponieważ są to zawsze te same kwestie.  Zachmurzyło się znowu. Rozchmurzyło się. Pogoda w tym roku to naprawdę. A dziecko to ile ma? A jaki duży/mały/sprytny/rozgarnięty. A ze szkołą to takie problemy mieliśmy. Cmok cmok. Mlask mlask. Do takiej do śmakiej. A w przedszkolu to naprawdę taki urwis. A to już dwunasta? Już pora. Kanapeczka. Danonek. Zupka. Ulubiona albo nie ulubiona. Jeszcze łyżkę. Jeszcze jedną. Bo deseru nie będzie. Bo nie będzie gofrów. Bo za godzinę, jak będziesz głodny, to już nie dostaniesz. Za babcię. Za dziadka. Oni też nam tak robili, to my teraz wam. Zobacz jak inne dzieci. Nie wstawaj od stołu, jeszcze nie skończyłeś. Nie krzycz. Nie biegnij, bo się zabijesz albo przeziębisz. Ile to się człowiek namęczy, żeby wypocząć. A korki takie, że już się martwię, jak my z tych wakacji wrócimy. Boże jaka jestem zmęczona. Znowu się zachmurzyło.

 

Błagam, stop! Zamknąć paszcze!

Puścić dzieci wolno. Niech nie jedzą. Niech nie śpią. Niech się walą po głowach łopatkami. Niech jedzą piasek. Niech sikają na ślimaki. Bo mamy ważniejsze tematy do rozmów. Bo powinniśmy się skupić na rzeczach ważnych, takich jak ty i ja. I podaj mi rękę. I pocałuj mnie, bo się starzeję, Bo czas umyka równo, Zrozumiesz, jak się zamkniesz. Jak popatrzysz na morze, jezioro, na obsikanego ślimaka. Na brudną twarz dziecka, które zasnęło w pół zdania. To po to tu jesteśmy. Chcę wam powiedzieć. Tak ciężko mi z wami. Tak smutno. Dajcie mi się tym nacieszyć. Bez was jestem nikt.


Mama wraca do pracy (z dedykacją dla Efy)

Wstaje w środku nocy, śpiąc brnie do łazienki w m3 jakby to była kobieca wyprawa na Kilimandżaro.  Doprowadza się do wyglądu. Zmywa z siebie Tę co wstaje w nocy pięć razy. Robi z siebie Tę co do pracy wraca. Budzi Jego, budzi dzieci. Nie ma czasu na przytulanie, ledwo jest czas na to, żeby się nie pożreć, nie poobrażać, nie poturbować.

Jedzie korkami, a myśli:  a Mała jak przedszkolu, a szkarlatyna panuje, a glut, a alergia, a zaległa wizyta u psychologa. A niania do Młodszego, a czy da radę, a czy on zje, a czy nie będzie chciał to a tamto, a czy nie zapłacze. A czy On zdąży Małą odebrać, a czy go w pracy nie zatrzymają jak w czwartek. A czy ona, matko najświętsza nie zapomniała czegoś?!  Nie, wszystko jest. Żeby tylko telefonu do laktatora nie podłączyć w tym zamieszaniu.

Im bliżej pracy, tym ona myślami dalej od domu: a czy jej biurko, a czy jej komputer, a czy koleżanka zauważy, że manicure nie miała od roku? A czy schudła już? A czy da radę ogarnąć?

Wchodzi przez szklane drzwi.  Rozgląda się.  Ktoś się wita z nią uprzejmie jej imieniem prawdziwym, a nie pseudonimem „mamo”.  Ona wie, że się tu naharuje, że się nadenerwuje (wydzwoni do domu, do męża wszystkie swoje darmowe minuty).  Będzie zasypiać na stojąco, będzie zużywać rezerwy energii nie wiadomo skąd jeszcze wykrzesane.

Tym razem jednak dostanie za to pensję!


%d blogerów lubi to: