Tag Archives: śmierć

Jaszczurka

Łąka jest mokra. Nareszcie można założyć kalosze. Kalosze są z dajchmana, choć nie wyglądają. W mieście nigdy tak naprawdę nie ma powodu do założenia kaloszy. Nie wychodzą na spacery. Teraz idą. Między pastwiskami.
Wchodzę nimi specjalnie w błoto. Chcę poczuć radość błotną. Nie czuję nic. Krowy rasy mlecznej gapią się na mnie, ale jakby mnie nie widziały. Kozy skubią trawę. Obojętne.
Skręcam na łąkę, idę pod górę. Rosną tu rośliny, których nie znam. Żółte i fioletowe. A tam dalej jest sześć krzyży. Nazwiska brzmią obco, rok tysiąc dziewięćset piętnasty. Stoję i patrzę tym samym wzrokiem, co krowy. Na krzyże, na trawę na grobach, na niebo na chmurach. Mam kalosze, które prowadzą mnie wzdłuż strumienia. Strumień bawi się ze mną w chowanego. Jak dziecko – dobrze się chowa, ale nie przestaje się śmiać. I po tym śmiechu zawsze go znajduję. Idę łąkami aż do drogi. Obojętnie jak ta krowa. Miastowa. Serce mi nie topnieje nad niczym i nie ma powodu, żeby zapamiętać, że tak idę. Że wracam czarną drogą, po której nic nie jeździ.

I tylko ta zielona jaszczurka, która leży na ciepłym asfalcie. Ładna jaszczurka, tylko trochę nieżywa. Wybrała się na drugą stronę, nie w porę, o czym świadczy trochę czerwonego wokół zielonego. Pobiegła drogą, którą nic prawie nie jeździ. Prawie nic. Stoją kalosze nad małą śmiercią. Nieważną, niepotrzebną, głupią. Stoją i chciałyby iść dalej. To tylko jaszczurka.


Pobudka

Śniła mi się Chustka. Że byłyśmy w knajpie. To była taka knajpa dla chorych. Chustka miała swój stolik. Ale ja też miałam swój. Na moim stoliku stały dwa talerze. Jeden z niedojedzonym ciastem czekoladowym. Grała orkiestra na żywo. Panował nastrój rozrywkowy. Panował nastrój, żeby teraz teraz teraz. Hej, głośniej muzyka. Hej, jeszcze raz to samo.
Ja jednak chciałam żyć długo i smutno. I mieć tak ze troje dzieci. Chciałam zapytać Chustkę, co robić. Ona jednak była w towarzystwie, uśmiechała się tylko do mnie przelotnie.
Cięcie.
Siedzę na łóżku. Pieprzony wyż znad bieguna północnego. Niebo jest żółte od słońca. Nie da się leżeć i nie da się śnić. Trzeba gdzieś iść. Śpiące dziecko wygląda na starsze. Kiedy się tak postarzało? Wczoraj wieczorem spadło z fotela. Bu bolało. Jednak ma się te super moce. Super moce na takie noce. Zamienia się krew i łzy w herbatę z cytryną. Wszystko się zagoi. Do wesela jeszcze tak daleko.
Cisza tego domu jest jak przed burzą.
Ja jestem ciągle jak przed burzą.  Od zła wszelkiego. Boję się wewnątrz i zewnątrz. Dopóki się nie obudzą. A z nimi moje super moce. Zamienią strach w jajko na miękko. Kawę czarną i gorzką, zabielą i osłodzą. Pobudka. Pobudka już.


Weź przestań

Jak śpiewa Tori Amos. Usłyszałam twój krzyk z drugiej strony góry. O tym myślę, kiedy czytam komentarze na blogu. Że nie jestem sama w tych górach.

Ale czasem się nie zgadzam.

Bariery są w twojej głowie. Padasz na ryj w twojej głowie. Nie gadasz z mężem, co miał być ostoją w twojej głowie. Robisz nudną pracę w twojej głowie. Doceń, rozejrzyj się, zrób jogę i taj czi. Nie zmywaj, zostaw to, brudne naczynia są tylko twojej głowie. Otrząśnij się, idź do psychoterapeuty, bo nie ma co życia tracić na zamartwianie się o głupoty. O samotność i śmierć. Jesteś bażantem na tym świecie. W twojej głowie. Módl się, kochaj i jedz. Nie myśl. Nie analizuj. Nie narzekaj. Słowo zamienia się w czyn. Słowo zamienia się w ciało. Na samym końcu samotny jest ten, kto na to zasługuje. Czy zasługujesz, odpowiedz sobie. No? Przecież, że nie! Zobacz jesteś taka wysoka, a nie taka stara. Ubierz się, odsłoń nogi. Dekolt pokaż. Pokaż, że jesteś tego warta. Potrząśnij grzywką. Powtórz: jestem tego warta. Świat jest otwarty. Chcesz podróżować – kup bilet. Weź i kup. Weź się, no. Jest lato, nie? Oczyść głowę i kup ten pieprzony bilet. Wyjrzyj z tego grajdoła. No, żesz rusz się. Gdzieś, nie wiem gdzie. Do ładnego hotelu. Do stolicy jakiejś europejskiej. Albo do Azji. Azja cię uzdrowi, jak uzdrowiła już miliony. Wrzucisz sobie plaży zdjęcie na profil. Od razu będzie lepiej.

Kobiety są silne. Elastyczne. Ugną się a wstaną. Co się stało, to się nie odstanie. A nic się takiego nie stało. Ot, przemijasz sobie. Inaczej niż byś chciała? To nie chcij. Pomaluj te oczy. Gdzie tak bez pomalunku? Czy byłaś już w najnowszej knajpie na warszawskim Powiślu?

Nie jest tak źle. Popatrz dookoła. Inni mają jeszcze gorzej. A udają, że nie. Śmieją się. Opowiadają sobie o ostatnich wydarzeniach w telewizji. W życiu dziecka o nowej umiejętności plucia. Nikt ich nie kocha, a gadają o trąbach powietrznych, robią kotlety i naleśniki z serem. Z uśmiechem, ty rozpieszczona gówniaro.

Ale ja odmawiam. Subiektywnie oceniam sytuację. Na taką sobie. Delikatnie mówiąc. Bariery w mojej głowie na dziś nie do ruszenia. „Na dziś”, piszę, bo mam nastrój wyjątkowo optymistyczny.

W górach jakby na razie cisza?


Czasem wystarczy

Jadę do pracy wzdłuż muru cmentarza. Jadę rowerem. I myślę. Trochę myślę. Nie za bardzo.  Że, jak się z kimś jest, to nie za dobrze. Jak się jest samemu – niedobrze. Jak się nie ma dzieci, niedobrze. Jak się ma, jakoś niedobrze. Jak jest praca, to za dużo. Jak nie ma, to za mało. Jadę z górki. Wiatr mi suszy koszulkę. Ze spinek uspinkowane włosy mi wytargał. Gorąco.

Jak upał, niedobrze. Jak leje, jeszcze gorzej. Na czerwonym świetle nie dotykam nogami chodnika. Przytrzymuję się słupa rozgrzanego. Upał spada mi na łeb. Pocę się na słono i przeciwzmarszczkowo. Jadę dalej i mijam bramę cmentarza. Krzyż za krzyżem, za krzyżem, za krzyżem. Nie jest dobrze, jak kasy brakuje, jak zdrowie szwankuje. Jak brakuje piwa albo papierosów, a potem, jak brakuje czasu. A czasem, jak nie ma. Nic. Albo tak się wydaje, że nie ma. Że teściowa niedobrze, że matka, że ja.  Że syn, kurde, niedobrze.

Że udawać trzeba coś, niedobrze. Że po co mi to, na co mi to. Jak nie to, to co? Tam krzyż za krzyżem. I ptaszki wesoło ćwierkają, gołębie się wypróżniają, spokój tam mają. Za krzyżem krzyż. Jadę koło bramy. Koło żebraka. Koło sprzedawczyni wieńców. Biznes jej kręci się przez cały rok. Ja jadę dalej. Na razie.

Tyle bym chciała, co nie mam. Tyle. Tyle bym wzięła od ciebie. Wcale. Nie myślę żeby to było za dużo. I zawsze jak zawsze wychodzi niedobrze. Bez niedobrze ze snu nie wychodzę. Taka uroda. Taka natura. Wada genetyczna lub wrodzona. Fatum. Karma. Brak witamin. Zakręcam za murem cmentarnym. Prawie ramieniem się ocieram. O mur, za którym wiadomo co. A może tu też? Pod kołami? Jadę dalej. Jadę w upale, upał mnie goni. Naciskam pedały. Że szybciej. Nie myślę już wcale. Ja żyję. Że żyję na chwilę mi wystarczy.


Prawda oczami trzylatka

1.

Mamoo, zobacz, tutaj są dwa Murzyny!!

O boszsz! Faktycznie dwa Murzyny, między 3 a 5 rokiem życia, huśtają się z Młodym w czymś w rodzaju sieci pająka. Pragnę, żeby mój syn już przestał zwracać na to uwagę. Tak jak ja udaję, że nie zwracam. Choć przecież zwracam. Jednocześnie myślę, czy Murzyn to jest poprawnie powiedziane? Czarnoskóry? Afroamerykanin? Afropolak? Może jednak zmieńmy temat.

Murzyny żyją w Afryce! – chwali się swoją wiedzą Młody.

– Jak widać, nie tylko – mówię ostrożnie, uśmiechając się przepraszająco do dzieciaków, sorki kochani, my znać tylko Bambo…

– Tylko i wyłącznie! Tylko i wyłącznie! – skanduje moje słodkie dziecko. Przez chwilę myślę o tym, że każdy skinhead był kiedyś małym słodkim dzieckiem z przydługą grzywka i robi mi się źle. Ściągam Młodego na ziemię (dosłownie i metaforycznie).

– Nie można tak mówić.

Dlaczego?

– Bo to nieprawda. Ludzie o ciemnej skórze mogą mieszkać wszędzie.

Czuję opór masy.

– Tylko w Afryce, tylko w Afryce. Wiem to. Wiem to.

Młody nie rozumie. Trzeba by odpuścić i wrócić do tego później, ja jednak zbyt się obawiam o uczucia tamtych.

– Nie chcę tego więcej słyszeć!

Błąd! Błąd! Wyją syreny alarmowe! Młody zaplata ręce na piersi.

– Nie lubię Murzynów!!

No i masz! Wracamy do domu. Ja z poczuciem totalnej porażki, on absolutnie pewien, że Murzyni to psujzabawy.

Kilka dni później widzę, że gania się po podwórku przedszkolnym z czarnoskórym Aleksem.

– No i co? – pytam – czyli jednak lubisz dzieci, które mają ciemną skórę?

– Coś ty, mama! Aleks nie ma ciemną. On ma czekoladową.

Osz ty! Takie to było proste!

2.

– Mamo,  ja nie chcę siadać na fotelu Lorda.

Lord – kochany, wielki, nieco zeschizowany pies żył z moimi rodzicami przez piętnaście lat. Zdechł kilka miesięcy temu pozostawiając wszystkim ranę w sercu.

– Lord nie żyje, możesz siadać.

– Nie żyje?? Ale babcia mówiła, że on śpi.

– Lord umarł. To nie to samo.

– Na zawsze umarł?

– Na zawsze.

Młody zachmurzony.

– I nigdy już tu nie siądzie?

– Nigdy.

Młody podchodzi powoli do fotela, główka spuszczona. Czuję jak mnie ten szew po ranie w sercu ciągnie.

Nie chcę siedzieć na fotelu Lorda – powtarza Młody cicho.

– Czemu? – mam ściśnięte gardło.

Młody wzdycha głęboko. –

– Bo ten fotel śmierdzi.

3.

– Tato! Tato. Zobacz jaki stary staruszek!

Staruszek zbliża się żwawym krokiem, bo wcale nie jest takim znowu staruszkiem. Mijając Młodego, uśmiecha się.  Młody się  nie uśmiecha. Patrzy tylko smutno i głośno mówi do swojego taty.

– On niedługo wyginie.

Naprawdę bardzo Pana przepraszamy.


Nowe

Znałam  kiedyś  kogoś, kto zginął za wcześnie.

Kiedyś myślałam o nim codziennie. Potem co drugi dzień.  I tak dalej coraz rzadziej do kwadratu.  Czasem srasem, bo czas się zajął wszystkim.  Nic się nie zmienia. Wiosna zima. Nowy niezły film w kinie z jego ulubionym aktorem. Nowa płyta zespołu którego słuchał.  I nowi ludzie w zastępstwie starych.

Mój syn i czyjaś córka na moim grobie odbębnią rytuał. Będzie im nieswojo. Ich znudzone bogu ducha winne dzieci pociągną ich za rękę w stronę wyjścia. Mama wytrze nosek. Trzeba iść. Trzeba dbać o nowe. To, co stare czasem, stare ciałem jest mniej ważne niż jęknięcie niezadowolenia dziecka. Oddamy nasze wspomnienia, oddamy naszych rodziców, oddamy naszą pamięć w niepamięć. Nowe – niewinne i radosne, krwiożercze, bezkompromisowe, fascynujące i głupie nowe.


%d bloggers like this: