Tag Archives: świat

Nowe życie cd

Korytarze korporacji. Korporacji korytarze. Po prawej stronie łazienka po lewej kuchenka. Zapełniają się pracownikami. Kawa z mlekiem. Z mlekiem kawa. Jeszcze włosy mam mokre, odżywką odżywione. Obiecuje nam ranek wszystko co chcemy mieć. Gotowi i zrelaksowani. Idą raźno jak wycieczka w klasy maturalnej. Klima działa. Działa klima i kofeina działa. I zachęca do pracy. Hej ho. Na żyznych polach wyspy La Gomera dojrzewają banany. Są tak małe, że się mieszczą w dłoni.

Siedzę prościuteńko. Wycieram dłonie w czarną spódnicę. Jestem za wcześnie. Jestem za późno. Jestem za bardzo jak zwykle. Gdzie tu są jacyś dorośli ludzie? Co te dzieciaki z nimi robią? Może ich mielą na  te ciastka, co je reklamują? Może moja kawa z mlekiem zawiera śladowe ilości pracowników przeterminowanych?

Za oknami drzewa. Po prawej stronie fontanna po lewej szlabanna. Można jeszcze wyjść. Co ja tu robię do cholery. Pani czeka na mnie na mnie. Jędrna postać uśmiecha się do mnie brzoskwiniowym uśmiechem. Zerwana jesienią na wydziale zarządzanie, w warunkach wspomaganie genetycznego przezimowała tu i zakwitła. Opowiem pani o produkcie.

Na pustej stacji benzynowej chłopak przelicza drobne. Brakuje mu tak mało na butelkę wody. Jest mu tak gorąco.

Produkt pyszni się na slajdach, na rzutnikach. Jest dość wymagający, jest dość obiecujący. Najważniejsze że jest chrupiący. Że jest ekscytujący. Co ja o tym myślę. Czy nie uważam. Czy ja to czuję? Czy jest to dla jasne? Co proponuję. To musi chwycić, czy ja to rozumiem? Dzieci lubią awokado, jeśli mogą je same zerwać i przekroić. Czy swoją pracę należy lubić? Przecież niekoniecznie.

 Na Morzu Beringa płynie prom. Dziewczyna przechyla się przez barierkę i wstrzymuje oddech.  Wieloryb jest ogromny.

Gdzie pani się widzi za pięć lat… Dlaczego chce pani u nas pracować… Co pani wniesie do zespołu…


Syn na świat

„Siedzisz?” pyta głos mojego brata z telefonu.
O o! Siadam.
„Będziemy mieli…”
O nie! Zrywam się na nogi. Mentalnie się zrywam, bo nogi mam niezrywne. Bo mam zawał serca. Ciąża. Dziecko. Poród szpital krzyk. Dziecko. Noc jak dzień, dzień jak noc. Ciemno. Zimno. Płacz. Jawa jak sen. Dziecko!
„Będziemy mieli psa”.
Psa…
Psa acha.
Cudownie normalnie fantastycznie.
Gratuluję. Tak się cieszę.
(brat ocalony!)

Wieczorem przychodzi sms od Mayi. Długi i cały po niemiecku. Nie znam niemieckiego. Tłumaczę słowo po słowie. Surowy położna rodzić chcieć nie. Rezygnować do domu iść. Walentynki noc syn na świat. Dziesięć palce malutkie. Nos zadarty mały. Radość rodzice.
Maya ma syna. Pomarszczony ssak wylądował bezpiecznie. Cieszy się moja gęsia skóra i mrugające oczy, palce się cieszą i mylą klawisze. Dziecko. Skóra i zapach. Oczy takie takie. Piąstki owinięte wokół palca. Ma dziecko.

Wszystko zależy. Ale lepiej pojawiać się tam, gdzie już na ciebie czekają. To ułatwia sprawę.


Odjazd

Wiecie, jak to jest pojechać skrótem? Zawsze wychodzi dłużej. Ale mnie się chciało skrócić  i wjechałam w jakieś małe miasteczko. A miasteczko było w remoncie i miało żółte strzałki „objazd”. Pojechałam za strzałkami. Poprzez miedze. Poprzez łąki. Poprzez leśne ścieżki wąskie. No i w końcu zobaczyłam! Na własne, zakurzone miejskim syfem, oczy – jesień. Gdyby nie to, że opisy przyrody wyeksploatował już niejeden Żeromski, można by pisać i pisać, jak to jest, kiedy jeszcze zielono, a już żółto, kiedy krowy prawdziwe i psy srające na polu. Jeziorko zarośnięte jakimś zielonym szlamem. Wspaniałe. Ależ mnie trzasnęło z zaskoczenia tą przyrodą, prosto w czachę,

Na sznurkach małe sweterki, zardzewiałe małe rowerki. Dziobane przez oryginalne eko kury. Czy młody mógłby się nudzić siedząc cały czas na dworze?  W swojej naiwności myślę, co mogłoby być tak ważne, żeby chcieć stąd się wynieść i mieszkać w mieście. Pewnie coś w stylu karate, hiszpański i logopeda. Praca, chleb, kino, komputery, smog i obcy ludzie wszędzie.

Pociąg do chłopstwa polskiego i stodoły. Miastowstęty, czyli being trendy. Kredyt na chatę w lesie i obowiązkowo samochód terenowy spalający średnią krajową w tydzień. Niezbyt oryginalne efekty starzenia się.

Ale wizja młodego popylającego po żywej ziemi, jest jak obraz raju z gazetki zielonoświątkowców.

Nawet ja jestem w tym obrazku. W kaloszach. Podnoszę z ziemi jabłko, wycieram o jakąś kwiecistą sukienkę. W ogóle wyglądam jak Kate Winslet. Jestem okrąglutka jak dojrzała śliwka. Na sznurku wiszą sweterki. Nie myślę o nierównych chodnikach, bo nie mam chodnika. Myślę o deszczu. Że albo powinien być albo nie. Myślę o tobie. Że zaraz będziesz…

Żółta tabliczka – koniec objazdu. Odjazdu. Warszawa 23 km.


Goście goście

Sny, czyli taka rozmowa między mną a mną. Najczęściej w języku, którego kompletnie nie rozumiem albo nie słyszę, bo ogłuchłam cywilizacją, wiadomo, jak wszyscy. Jednakże mój szyfrant siedzi w ciemnym lesie i napieprza S.O.S. Mimo, że nie rozumiem, co ja chce przekazać mojemu ja, to niekiedy wydaje mi się, że to może być coś znaczącego. Często na przykład dostaję powtarzający się motyw:

Do mojego domu przychodzą ludzie na imprezę. Tylko, że ja ich wcale nie zapraszałam i chcę ich wyprosić. A oni nic. Spokojnie rozłażą się jak robale, gadają, bawią się, okropnie mnie męczą!! Jest ich coraz więcej i więcej.  We wszystkich pomieszczeniach pełno ich śmiechów, krzyków, pocałunków. Muzyczka gra, ale wcale nie jest fajnie. Jest koszmarnie. Tracę grunt, boję się, jest słabo, głośno i źle. Wypierdalać.

No?

i ?

co?

Noico noico?!! Czy jest na pokładzie jakiś zaklinacz snów, freudysta, buddysta?

Podświadomość, podobnie jak kosmos, bezgranicznie wielka jest, także można ją zaśmiecać. Siła wyparcia tym większa, im bardziej gorliwe zapewnienie, że jest ok.

Ależ ja się naprawdę wcale nie przejmuję! Na serio jest ok.  Że znowu wyjeżdżasz? No trudno. Ja w ogóle się nie przejmuję tym, że mi ciebie tak brakuje. Nic sobie nie robię, że nie lubię swojej pracy. Wali mnie również, że nie mam na siebie pomysłu. Że się starzeję. Że nic nie umiem. Że nigdzie nie jadę, ani znikąd nie wracam. Ani, że nie umiem wykorzystać  możliwości, jakie oferuje mi Unia Europejska!

Oj, wielkie mi co, że tyle ludzi robi karierę, wychowując jakoś przy tym trójkę dzieci niemalże w tym samym wieku. Ja się tu pałuję, że jedno mam, a jeszcze chude takie. No i co?!

Ja wam głośno mówię, że się nie przejmuję, ale widocznie jakieś JA jednak się tym wszystkim przejmuje. Ta kakofonia pragnień i bezsensownych dążeń, standardów, wymagań, bohaterów i antybohaterów, które usiłujecie we mnie wzbudzić myślą, mową, uczynkiem, zaniedbaniem i telewizją śniadaniową, spychana w podświadomość, wraca do mnie snem, w którym chcę żebyście się wynieśli do stu diabłów i dali mi w końcu spokój.

Tylko spokojnie, co nie?


Prawda oczami trzylatka

1.

Mamoo, zobacz, tutaj są dwa Murzyny!!

O boszsz! Faktycznie dwa Murzyny, między 3 a 5 rokiem życia, huśtają się z Młodym w czymś w rodzaju sieci pająka. Pragnę, żeby mój syn już przestał zwracać na to uwagę. Tak jak ja udaję, że nie zwracam. Choć przecież zwracam. Jednocześnie myślę, czy Murzyn to jest poprawnie powiedziane? Czarnoskóry? Afroamerykanin? Afropolak? Może jednak zmieńmy temat.

Murzyny żyją w Afryce! – chwali się swoją wiedzą Młody.

– Jak widać, nie tylko – mówię ostrożnie, uśmiechając się przepraszająco do dzieciaków, sorki kochani, my znać tylko Bambo…

– Tylko i wyłącznie! Tylko i wyłącznie! – skanduje moje słodkie dziecko. Przez chwilę myślę o tym, że każdy skinhead był kiedyś małym słodkim dzieckiem z przydługą grzywka i robi mi się źle. Ściągam Młodego na ziemię (dosłownie i metaforycznie).

– Nie można tak mówić.

Dlaczego?

– Bo to nieprawda. Ludzie o ciemnej skórze mogą mieszkać wszędzie.

Czuję opór masy.

– Tylko w Afryce, tylko w Afryce. Wiem to. Wiem to.

Młody nie rozumie. Trzeba by odpuścić i wrócić do tego później, ja jednak zbyt się obawiam o uczucia tamtych.

– Nie chcę tego więcej słyszeć!

Błąd! Błąd! Wyją syreny alarmowe! Młody zaplata ręce na piersi.

– Nie lubię Murzynów!!

No i masz! Wracamy do domu. Ja z poczuciem totalnej porażki, on absolutnie pewien, że Murzyni to psujzabawy.

Kilka dni później widzę, że gania się po podwórku przedszkolnym z czarnoskórym Aleksem.

– No i co? – pytam – czyli jednak lubisz dzieci, które mają ciemną skórę?

– Coś ty, mama! Aleks nie ma ciemną. On ma czekoladową.

Osz ty! Takie to było proste!

2.

– Mamo,  ja nie chcę siadać na fotelu Lorda.

Lord – kochany, wielki, nieco zeschizowany pies żył z moimi rodzicami przez piętnaście lat. Zdechł kilka miesięcy temu pozostawiając wszystkim ranę w sercu.

– Lord nie żyje, możesz siadać.

– Nie żyje?? Ale babcia mówiła, że on śpi.

– Lord umarł. To nie to samo.

– Na zawsze umarł?

– Na zawsze.

Młody zachmurzony.

– I nigdy już tu nie siądzie?

– Nigdy.

Młody podchodzi powoli do fotela, główka spuszczona. Czuję jak mnie ten szew po ranie w sercu ciągnie.

Nie chcę siedzieć na fotelu Lorda – powtarza Młody cicho.

– Czemu? – mam ściśnięte gardło.

Młody wzdycha głęboko. –

– Bo ten fotel śmierdzi.

3.

– Tato! Tato. Zobacz jaki stary staruszek!

Staruszek zbliża się żwawym krokiem, bo wcale nie jest takim znowu staruszkiem. Mijając Młodego, uśmiecha się.  Młody się  nie uśmiecha. Patrzy tylko smutno i głośno mówi do swojego taty.

– On niedługo wyginie.

Naprawdę bardzo Pana przepraszamy.


Plac zabaw

Zadarł głowę i wtedy ją zobaczył . Wisiała wysoko nad nim, na najwyższej linie. Tam, gdzie on jeszcze nigdy nie dotarł.

Miała może trzynaście lat. Różowa kurtka, ciemny kucyk, duże okulary, guma do żucia, donośny głos („taaatoo, zobacz gdzie jeestem!”).  Zamarł oczarowany. Otworzył oczy, otworzył paszczę, zacisnął pięści. Nigdy nie widział czegoś tak cudnego w swoim trzyipółletnim życiu.

Kiedy dziewczynka, szybko jak małpka, zsunęła się po linach, po prostu pobiegł za nią. Po drodze pokonał kilka przeszkód, na które wcześniej sam nie właził. W końcu dopadł karuzeli, na której siedziała. Siadł naprzeciwko i patrzył. Nie gadał (a zawsze gada), tylko patrzył.  Ona strzeliła uśmiechem zza okularów.  Zakręciła karuzelą używając swoich długich, bosych nóg.  Raz, drugi, jeszcze szybciej. Potem zeskoczyła i pobiegła. On wygramolił się najzgrabniej jak potrafił i, potykając się, pognał za nią. A oczy miał naprawdę nieprzytomne.

Znalazłam go w końcu na środku placu zabaw. Stał w miejscu i, metr po metrze, skanował przestrzeń wokół. Nie było jej na zjeżdżalni, na huśtawce, nie wspinała się po drabinkach. Żadna z różowych kurtek nie należała do niej.  Westchnął głęboko.

„Mamo, widziałaś moją kruszynkę?”

(??!!!)


%d blogerów lubi to: