Tag Archives: szczęście

życzenie

W tym nowym roku, czyli tak jakby teraz.

W nadchodzącym, czyli właśnie mijającym.  Jeśli się zatrzymasz na kilka dni w dziwnym hotelu, w mieście, którego nie znasz, możesz to poczuć.  Spróbuj przynajmniej. No?  I jak?

Kiedy, jak nie teraz. Tu, gdzie nawet nie masz zasięgu. Więc? No? Weź i żyj. Ktoś się wyprowadza z pokoju obok. Nie wiesz, kto; słyszysz tylko kroki, słyszysz jak kółeczka walizki truk truk. Wychodzisz, idziesz na spacer, mijasz dom z kolorową elewacją, patrzysz na niego i nie wiesz, co myśleć. Robisz zdjęcie.

Dzięki Bogu, o piątej jest obiad, do piątej jakoś dasz radę. Dlaczego chcesz być szczęśliwa? Dlaczego po prostu nie jesteś? Nabierasz w płuca górskiego powietrza i chcesz, bardzo chcesz to poczuć. Chcesz poczuć fajerwerki życia. Aż się prawie nie udusisz. Zamiast tego zbiera ci się na płacz. Pogięło cię?

Do wyboru masz nóżkę z kury, kotleta lub makaron na styl wegetariański, także nie można narzekać. Jesteś na wakacjach. Chyba to nie jest powód do zmartwień. To jest powód do relaksacji. W tym roku możesz poczuć się lepiej. Przecież chcesz. Nie brakuje ci motywacji. To wszystko jest do wypracowania. Idziesz na basen, żeby twoje ciało podpowiedziało ci kierunek. Patrzysz na całującą się parę i myślisz, że może potrzebujesz romansu. Romans z całą pewnością by cię zmasakrował. Nie, nie nadajesz się na romans w nadchodzącym. Nie wydaje mi się.

Czas mija szybko, mówi twoja mama. Jak miałam tyle, co ty, mówi, to wciąż mi się wydawało. A to przecież było jakby wczoraj. Dokładnie rozumiesz, co ona mówi. To akurat czujesz. I trochę ogarnia cię panika. A to już jest jakieś konkretne uczucie. Więc nakładasz na talerz nóżkę i sałatkę. Jednak.  Patrzysz w lustro, wciągasz brzuch, wchodzisz na wagę. Idziesz na basen, na spacer. Pijesz szampana o północy. Chcesz nadać znaczenie. Będziesz walczyć. Nie przestaniesz.

Robisz jeszcze kilka zdjęć. Układasz listę życzeń. Raz dwa trzy cztery. W nocy wymykasz się, chodzisz po korytarzu. Chcesz to poczuć. Chcesz żyć tu i teraz. Jest czysto, jest ślisko. Bar jeszcze otwarty. Wypijesz trochę, po wypiciu jest łatwiej, choć rano jest trudniej. W kieszeni masz jeszcze voucher na welcome drink. Pijesz duszkiem. Potem pijesz na voucher męża z drugiej kieszeni.  Rozglądasz się. Jesteś sama na świecie. W noworoczną noc. Jesteś postacią z Remarque’a. Scenografia jest zajebista. Serce ci pęka. Z pękniętym idziesz z powrotem.  Na korytarzu mijasz się z damą i z jej łasiczką.  Dama nie patrzy na ciebie. Łasiczka się nieco rozjeżdża. Masz jedno postanowienie noworoczne. Poczuć to. Złapać to.

 

 

Reklamy

Naprawdę zaskakujące jak niewiele czasem trzeba.

Całe to narzekanie nie rozumiem. Normalnie się żyje, luksusowo, na skrawku, na jednym boku, ciągnie się na jednym spojrzeniu, na uścisku z zeszłego lata, na imprezie z czerwca się jedzie jeszcze spokojnie. Niewiele potrzeba, trochę jedzenia picia, trochę wina. Książka czytana na przystanku, o której nie ma z kim. Wystarczy, że książka dobra.

Wystarczy poczekać Włócząc się po korytarzu szkoły i oglądając rysunki pinezkami do tablicy. I już do muzeum iść nie trzeba. Wystarczy, że zjedzą, nie muszą mówić dziękuję.

Wystarczy poczekać jeszcze jakiś czas. Nie wiem ile. Może kilka godzin a może dłużej. Coś się zdarzy. Tymczasem wystarczy czasem się z kimś spotkać. W zasadzie wystarczy zadzwonić.

Doskonale można się odnaleźć w tym rytmie dnia, wystarczy, że nie chorujemy, że autobus się nie spóźnił. Wystarczy nam te kilka nerwowych kwadransów przed snem. Więcej byśmy nie zdzierżyli. Wystarczy kilka godzin snu i radio, telewizja i czasem kino, żeby żyć wystarczy. Wystarczy zobaczyć, nie trzeba dotykać.

Wystarczy obejrzeć zdjęcia z czyjejś podróży, a jakby się tam było. Wystarczy jak się trochę siebie lubi. Nawet wystarczy, że ktoś obcy lubi. A do tego wystarczą nowe buty. Niewiele wystarczy, że szok. Wystarczy nie myśleć gdzie chciało się być.


Apteka

Na górze. Chmury ciężkie od śniegu, który się prosi o użycie brzydkich wyrazów. Problemy globalne od Watykanu do tefałenu i talent szoł o dwudziestej. Na dole my. Jakoś się trzymamy. Na pasach na przejściach. Na wszelki wypadek. Chodzimy tu i tam za rękę. Poszliśmy do apteki na rogu. Przed wejściem, w zaparkowanym samochodzie płakała dziewczyna. I płakał z nią chłopak.  W samochodzie przed apteką. Kolejka była taka sobie. Kredki dla dzieci były, ale tylko połamane i nie rysowały. Rękawiczki miałeś małe i mokre. Pan klient w kolejce pachniał jak przedział pekape dla palących. Pani klientka mówiła do telefonu, że gdzie jesteś, bo ja w aptece. Zbierałeś ulotki w temacie  osteoporozy i dotykałeś szyb, żeby pani magister miała więcej roboty.  Z tamtego samochodu nikt nie wychodził. Ja nie patrzyłam. Leków była mało, rachunek był średni. Polopiryna dojelitowa. A krople dla dzieci. Takiego pięknego syna urodziłam. Tak wzięłam po prostu, wzięłam i urodziłam. Za pierwszym razem, za pierwszy podejściem do czegokolwiek. Się nie prosiłam. Wziął mi brzuch urósł, potem mi zmalał. Potem poszliśmy do apteki. Za rękę. Po śniegu w marcu. Potem wytarliśmy nosy i otrzepaliśmy rękawiczki. I poszliśmy z powrotem. I nikt nie podejrzewał że to był cud, że dzieci się rodzą, bo nie wszystkie. Tylko ja i tamci z samochodu.

Może się mylę. Nawet jeśli się mylę, to i tak mam rację.


Bawiłam się świetnie

Gdybym nie przyszła do kuchni rano i nie potknęła się o burego kapcia, to bym nie użyła brzydkiego wyrazu, a ty nie wzięłabyś tej płyty i nie puściłabyś mi tej piosenki, co myślisz, że opowiada o mnie. Jak to bawię się świetnie. Chyba się bawiłam. Kiedyś.

Piosenka brzmiała jednak smutno, a ja byłam jeszcze w piżamie. Kupiłaś mi piżamę, żebym miała, jak przyjadę. Ja w domu u siebie nie mam piżamy. Jeszcze sobie nie kupiłam.

Postanowiłam zająć się robieniem owsianki, bo się jakoś wzruszyłam tą piosenką i nie chciałam, żeby to wypłynęło. Tak z rana. Wzruszyłam się, bo, owszem, kiedyś bawiłam się świetnie, ale nie tak bardzo. Więc mieszałam pochylona, że prawie sobie włosy ugotowałam. Żebyś nie zauważyła, że miałam moment afirmacji. Że w ogóle się nie bawię, ani świetnie ani wcale.  Że gapię się z wami na mokrą śnieżną breję na ulicy, po której nie jedzie karetka ani nic. Jest tylko spoko breja, co się rozlewała efektem wilgotne oko.

Dziecko sturlało się z kanapy i mościło sobie miejsce w roztoczach w dywanie. Dzieliło mnie od niego dziesięć kroków. Pięć sekund może żeby je wziąć na ręce. Skrobałam dno rondelka. Byłam blisko padnięcia krzyżem. Bawiłam się kiedyś świetnie, ale nie do końca tak świetnie, jak to wyglądało.

Ojciec spytał, zaglądają do owsianki, czy będę to jadła. Czy może już to raz jadłam. Wyglądał na zadowolonego ze swojego żartu. Popukałam się w głowę. Bardzo go to rozbawiło.

Wczoraj po obejrzeniu wiadomości nie mogłam spać.  Że tyle złych rzeczy może się nam przytrafić. Że ja już bawię się świetnie tak jak jest.

Potem przypomniałam sobie, że zapomniałam. A miałam. Kupić cytryny. Woda z cytryną podobno dobrze działa na cerę. Dbanie o cerę jest wyrazem jakiejś nadziei. Chyba.

Oddzwoń jak odbierzesz. Albo nie. Przyjedź. Przyjedź szybko.
Jest owsianka. Doskonale wymieszana.

 


Od jutra od rana

Chcesz coś osiągnąć, musisz dążyć i drążyć. Nie narzekać, że pod górę, jeśli chcesz zdobyć szczyt. Wszyscy wielcy, którzy coś coś, posiadali jedną wspólną cechę. Jaką? No, jaką? No właśnie, dobrze. Właśnie tę. Konsekwencję.

Matko, jak ja się staram. Staram się, ćwiczę się. W porze wstawania, w porze pisania, w doprowadzaniu do końca, w nieporzucaniu rozpoczętego. Potem zasypiam i przekładam na jutro, popijam winem, umawiam, odwołuję. Niekonsekwentnie nosiłam taki wisiorek na szczęście. Ale zgubiłam go. Szukałam na kolanach cały wieczór. Ale zaraz zaraz. Po co mi wisiorek na szczęście?

Jak ja się, i cię, i wszystkich wciąż chcę przekonać. Że posiadam tę cechę wymarzoną. Pożądaną. Bez której grób mogiła, nic nie będzie. Od jutra. Wstanę rano raniuteńko, zobaczysz, poszukam wisiorka, zrobię zdrowe śniadanie i pójdę do pracy nie spóźniona, żeby robić tam karierę na stanowisku. Zrealizuję to i tamto, co zaczęłam i nawet będę ćwiczyć dwa… nie, trzy! Trzy razy w tygodniu. Krok po kroczku aż dojdę do czegoś. Nie rzucę już niczego w cholerę. Nie będę się oszukiwać, że jakieś nowe to musi być lepsze.  W momentach zwątpienia będę oddychać głęboko. Aż do hiperwentylacji. Aż do końca. Od jutra. Od rana.
Wszyscy którzy coś coś, posiadali tę wspólną cechę. Mnie nie daną. Ja dostałam jakiś inny zestaw.
A całkiem aktualnie nieprzydatny.

 


Kinderbal

Tort ze ScoobyDoo. Od rana tralala. Biszkopt. Krem. Bita śmietana. Konfitury z malin. No i Scooby. Smakuje jak coś, co trzeba zjeść. Smakuje jak bez dokładki. Jak efekt napięcia się matki. Jak obietnica czegoś dobrego. Nie wiadomo czego. No… nie jest zbyt dobry, jednym słowem. Dzieci biją się balonami. Krzyczą. Pan animator coś mówi. W każdym razie rusza ustami. Coś mi się zdaje, że ten pan nie da rady.
Siedzimy przy stole. Czekamy na koniec. Nikt nie je ciastek i nie pije soku, które kupiłam w hurtowych ilościach. Wszyscy mamy ochotę na wódkę i ogórki. Dzieci biegają. Mają mokre kosmyki włosów za uszami. Rozmawiamy. W każdym razie ruszamy ustami.
Niektórzy z nas są zadowoleni. Niektórzy mniej. Niektórzy palą papierosa na zewnątrz i mają powody do płaczu. Dorośli nie płaczą o godzinie piętnastej trzydzieści. Pan animator jest blady.
Wszystko jest ok.
Ja wyglądam? Na zmęczoną? Ależ ja dziś tylko piekłam i planowałam. Planowałam i piekłam.
Przestańcie piszczeć dzieci, bo wam pourywam, to znaczy… pozabieram wam baloniki. Tu się pobawcie. O tu, kredki sredki. A tu się rozlało, nie szkodzi. To się zmyje. Mopem albo ścierką.
W Nowym Jorku samym? Co ty nie powiesz? Przepraszam, że się tak dziwię, ale wydaje mi się, że Nowy Jork nie istnieje naprawdę. Tym trudniej mi sobie wyobrazić, że właśnie wróciłeś. Ciszej, kochani, biegacie, a się komuś coś stanie, to ja nawet nie wiem, gdzie tu szpital.
Może tortu?
Chodzi już synek? Co ty nie powiesz? I mówi „mama”. No to masz przeje…fajnie.
Jakie masz ładne to tu przypięte. Gdzie kupiłaś. Gdzie byłaś?
Tak, naleję ci piciu. Oczywiście. Ale nie piszcz tak. Ibuprom mi się kończy.
Stooo laaat!
Tak, kochanie, jest ok. Jak to w ogóle razem nie wychodzimy? Jak to nie? Przecież właśnie wyszliśmy hej. No nie, teraz ci się zebrało na żal? Wszystko jest ok. Czy ja was nie prosiłam, żebyście przy tym kaloryferze nie biegali?
Co słychać u niej. Jak to się rozstajecie? Może się jeszcze jakoś ułoży. Może warto spróbować. Przebaczyć. Przebaczyć wszystkim wszystko. Nie rościć sobie prawa. Ja gadam jak żona? No gadam, no w rolę weszłam. Wszystko się ułoży. Chcesz tortu?
Słyszę płacz. Czy ktoś słyszy płacz? Nie? Może mi się zdawało.
Pan animator już idzie? Już mu się czas skończył? Czy on się dobrze czuje? Może dam mu tortu na drogę? Uciekł.
Wszystko jest ok.
Dopiero pod drzwiami mieszkania. Przed metą. Na sekundę przed znalezieniem kluczy do mieszkania w siedmiu torbach i sekundę po tym, jak uderzyli piłką w drzwi sąsiada.

Bardzo krzyczałam. Jak wariatka. Furiatka. Kompletnie stuknięta.

Może tortu?


Zupełnie inna historia

Kiedy mój czternastoletni przyszły ojciec parzy sobie palce ostatnim machem papierosa bez filtra, jest już po dwudziestej trzeciej. Światła w internacie są pogaszone. Część chłopaków na sali już śpi.
– Wiesiek? – syczy mój ojciec w stronę górnej pryczy – Ej? Wiesiek?
– Czego? – Wiesiek Mucha wychyla się. Nie śpi.
– Weź, zgaś mi to.
Mój przyszły kochany tato podaje Wieśkowi niedopałek. Wiesiek znika. „Tato” opada na niezbyt puszystą poduszkę,  ruda głowa kumpla pojawia się znowu.
– Nie ma już miejsca, ledwo upchłem.
W rurze od łóżka piętrowego, która służy za nocną popielniczkę skończyła się pojemność.
– Staszek?
– Śpię.
– Za dwa dni jest wiosna. Pierwszy dzień.
– No i? – sennie mruczy mój przyszły tata, teraz ledwie czternastoletni chudy blondynek – Że rzucamy palenie?
– Sam się rzuć na łeb – rechocze Wiesiek – Szkołę wypadałoby wyprowadzić na labę.
Mój tata milczy chwilę.
– A damy radę?
– To kwestia organizacji – Wiesiek pogardliwie spluwa w ciemność i zaraz potem śpi.

Organizacja przeszła sprawnie. Na wycieczkę, zamiast na lekcje, udał się cały internat, nie licząc kilku łamistrajków. Wszystko byłoby dobrze. Gdyby Jarek Ćmiel nie nasikał na stacji kolejowej na peronie. Ktoś zadzwonił, że chamstwo, że co to za młodzież. Dorośli mają w głowach wojnę z młodymi.

Staszek i Wiesiek do dyrektora!
Niefart. Akurat chłopaki załatwili sobie u chudego kucharza podwójną porcję kotleta. Jeden kotlet ukryty był pod ziemniakami, (które dziś nazywamy pure, ale wtedy były po prostu ziemniakami), a drugi normalnie na wierzchu. A załatwiali sobie u chudego na różne sposoby. Wczoraj akurat mieli zrobić coś śmiesznego. I to śmieszne to był tańczony twist. A tu z kotletów teraz nici. a jeść się chce po takim spacerku całą szkołą. Tylko doszli na stołówkę. Staszek i Wiesiek!! Do dyrektora!! Chyba się jasno wyrażam!!

– Podejdźcie. Chuchnijcie.

– Nogi wam z dupy powyrywam!!

Była afera. Babcia wzięła wolne z huty i przyjechała. Wściekła się, ale dziadkowi nie pisnęła nic, bo by jeszcze co zrobił dziecku. Jakoś z czasem przycichło.

Wiosna była piękna. Za oknami pracowni plastycznej grzało słońce.
– Sorze, ja muszę wyjść – zajęczał mój tato.
Sor milczał. Mój t. podszedł do katedry i wytarł brudne od gliny ręce w fartuch.
– Muszę – powtórzył.
– Jak musisz, to idź.  – padła odpowiedź.
Stanisław J, późniejszy szanowany nauczyciel dzieci i młodzieży, przestąpił z nogi na nogę niecierpliwie. Sor westchnął, zerknął na klasę, a wtedy wszyscy, jak jeden mąż, zatopili oczy w pracach plastycznych. Sor sięgnął do kieszeni i podał ojcu jednego papierosa. Mój tato bez mrugnięcia okiem schował go do kieszeni i wyszedł z klasy.

Uliczki Jarosławia nagrzały się jak w jakiejś Grecji, niespodziewanie dla wszystkich, już w maju. Nawet drzwi do szewca były otwarte na oścież. Wyszła przez nie dziewczyna. Było jej za gorąco w płaszczu w kratę. Wystawiła na chwilę twarz do słońca. Wiesław Mucha obejrzał się za nią. Zaciągnął się papierosem.

– Słuchaj, skoro w zasadzie jest już lato… – obaj siedzieli na krawężniku przed szkołą. – To tak sobie myślę, czy byśmy może nie popłynęli na spływ?
– Na spływ?
– No. Kajakami.
Staszek przyglądał się swoim butom. Że im się podeszwa odkleja.
– A gdzie?
– A do Warszawy na przykład.
Staszek nie był jeszcze w Warszawie.
– Ale nie mamy kajaków.
Wiesław uczył się strzelać niedopałkiem do gołębi.
– No, nie mamy.  To chyba będziemy musieli jakoś… pożyczyć.

San płynął do Wisły. Słońce grzało. Gołąb przestraszony poleciał do góry. Dziewczyna zdjęła płaszcz, bo naprawdę zrobiło się upalnie.


Nikogo

Zniknęły z mapy sklepy spożywcze. Zniknęły daty przydatności do spożycia. Zniknęła pani z wędlin, pani z ryb, pani z kasy nie ma. Nie istnieje. Zniknęły batoniki sprzed kasy, przy których zawsze o jezu. Zniknęły turkające kółka wózka. Zniknęły kotlety, emenemsy, zdrowe i niezdrowe produkty żywnościowe.

Pojawił się na mapie sklep z butami. I ciastka z kawą. I sushi! I jak pada deszcz na asfalt, to asfalt się robi mokry, czarny i dziwnie pachnie.

Tak to wygląda, przyznaję. Jak dziecka nie ma w domu.

Już można by wracać do domu, ale jeszcze nie trzeba. Jest w nim czysto i dziwnie. Nie szumią pralki zmywarki. W lodówce nie ma produktów ani z hipermarketu ani w zasadzie znikąd. Jest dwieście piętnaście kontaktów zapisanych w telefonie. Ludzie po tamtej stronie kontaktów jedzą akurat kolację, oglądają seriale. Zapraszają. Kanapki są z pesto. Serial jest śmieszny.

Nie ma pośpiechu.

Dwie gałki. Pistacjową i truskawkową. Albo nie, waniliową jednak. Omijam szerokim łukiem plac zabaw. Idę tam tamtędy. W zasadzie się okaże, gdzie idę, jak dojdę.  Jak siądę. Truskawkowe kapią na trawę. W trawie są mrówki. Mrówki dzielą się na takie, które się żywią lodami lub nie.

Ja to wiem i dzieci to wiedzą. Ile się traci, ile zyskuje. Jak ich nie ma w domu.


Weź przestań

Jak śpiewa Tori Amos. Usłyszałam twój krzyk z drugiej strony góry. O tym myślę, kiedy czytam komentarze na blogu. Że nie jestem sama w tych górach.

Ale czasem się nie zgadzam.

Bariery są w twojej głowie. Padasz na ryj w twojej głowie. Nie gadasz z mężem, co miał być ostoją w twojej głowie. Robisz nudną pracę w twojej głowie. Doceń, rozejrzyj się, zrób jogę i taj czi. Nie zmywaj, zostaw to, brudne naczynia są tylko twojej głowie. Otrząśnij się, idź do psychoterapeuty, bo nie ma co życia tracić na zamartwianie się o głupoty. O samotność i śmierć. Jesteś bażantem na tym świecie. W twojej głowie. Módl się, kochaj i jedz. Nie myśl. Nie analizuj. Nie narzekaj. Słowo zamienia się w czyn. Słowo zamienia się w ciało. Na samym końcu samotny jest ten, kto na to zasługuje. Czy zasługujesz, odpowiedz sobie. No? Przecież, że nie! Zobacz jesteś taka wysoka, a nie taka stara. Ubierz się, odsłoń nogi. Dekolt pokaż. Pokaż, że jesteś tego warta. Potrząśnij grzywką. Powtórz: jestem tego warta. Świat jest otwarty. Chcesz podróżować – kup bilet. Weź i kup. Weź się, no. Jest lato, nie? Oczyść głowę i kup ten pieprzony bilet. Wyjrzyj z tego grajdoła. No, żesz rusz się. Gdzieś, nie wiem gdzie. Do ładnego hotelu. Do stolicy jakiejś europejskiej. Albo do Azji. Azja cię uzdrowi, jak uzdrowiła już miliony. Wrzucisz sobie plaży zdjęcie na profil. Od razu będzie lepiej.

Kobiety są silne. Elastyczne. Ugną się a wstaną. Co się stało, to się nie odstanie. A nic się takiego nie stało. Ot, przemijasz sobie. Inaczej niż byś chciała? To nie chcij. Pomaluj te oczy. Gdzie tak bez pomalunku? Czy byłaś już w najnowszej knajpie na warszawskim Powiślu?

Nie jest tak źle. Popatrz dookoła. Inni mają jeszcze gorzej. A udają, że nie. Śmieją się. Opowiadają sobie o ostatnich wydarzeniach w telewizji. W życiu dziecka o nowej umiejętności plucia. Nikt ich nie kocha, a gadają o trąbach powietrznych, robią kotlety i naleśniki z serem. Z uśmiechem, ty rozpieszczona gówniaro.

Ale ja odmawiam. Subiektywnie oceniam sytuację. Na taką sobie. Delikatnie mówiąc. Bariery w mojej głowie na dziś nie do ruszenia. „Na dziś”, piszę, bo mam nastrój wyjątkowo optymistyczny.

W górach jakby na razie cisza?


Znowu święto

Czy mógłbyś podać mi proszę nóż? Jeśli możesz. Naturalnie, że oczywiście. Jeśli tak ci na tym zależy. Cokolwiek zadecydujesz. Ważne żebyś była zadowolona.

Kiedyś mówiłeś. Co za gówniany pomysł! Kretyńskie zupełnie. I śmiałeś się jak głupi. Wolałam.

W tym uroczystym dniu życzą nam kolejnych lat w szczęściu. W dniu uroczystym dzwonią do mnie jakieś ciocie wujki. Ładnie im podziękowałam. Dodałam, że ja sobie tego nie życzę. Tak się składa. To nie skarbonka. Na co mi te lata. Na co mi te mantry styczeń luty marzec kwiecień maj.
Mamo, błagam cię w tym dniu uroczystym, to zdjęcie ślubne z półeczki ku*wa! Proszę cię na kolanach, schowaj to. Dlaczego tak mówię? Dlaczego ja tak mówię? Zgaduj zgadula. Czy to jest jakiś sukces przeżyć ze sobą sto lat sto lat.
Żaden problem dla mnie. Żaden! Za sto lat mieć pierścień. I dwa piloty do telewizora.

Mamusiu, jak trudno to powiedzieć. Bo mi na to wychodzi, że on właściwie to się ze mną chyba unieszczęśliwił. Nie płacz. On nie mówi. Ja nie mówię. Dajemy radę. W oczach chłopak gaśnie.

Pociechy z męża. Z męża na baterie. Chodzi gdzieś, coś robi, coś zarabia. Czy możesz mi podać nóż, kochanie, zaraz się pochlastam.

A czy ja mówię o rozwodzie? Nie. Ja mówię że jest słabo. Nie rób mi pijar i nie rób mi fan page. Nic nie mogę zrobić. Nic. Nic zobaczyć jasno nie mogę, dopóki się uzna się stanu rzeczy marnego za marny. Ale nikt tego nie chce zrobić. Nikt nie pyta w tym dniu uroczystym, czy nie myślicie żeby dać sobie spokój? Nikt nie życzy nam terapii, odwyku ani detoksu. Nie. Jest świetnie.

A on? Pierwszy. Z kwiatami leci, z prezentami mi składa, mi życzy. Uprzejmie ubierając słowa w słowa. Z okazji. Drżą mu ręce. Kładzie się wcześniej. Ma sny złe.

A kiedyś machał mi ręką z tramwaju.
Że tęskni już na następnym przystanku. I tego się trzymajmy.


%d blogerów lubi to: