Tag Archives: twórczość

Taki hałas

Przyszłam do kawiarni napisać wszystko, bo mi blog więdnie. Kelnerka, która przynosi kawę jest dziś na pewno pierwszy dzień w pracy. Przy tamtym stoliku jakiś pan ma romans z jakąś panią w komputerze. Nabija na widelec kawałek szarlotki i częstuje ekran. Śmieje się, krawat luzuje. Randka na odległość mu służy. Dwie studentki zastawiły sałatkami stolik na środku. Mówią sobie, że w ogóle nie lubią imprezować. Potakują sobie, odgarniając mysie włosy. Śmieją się bardzo głośno. Nie jest łatwo być cool. Jest trudno.
Co ja mogę o sobie w takiej sytuacji.
Za oknem stoi facet, co wygląda na bezdomnego. Wygląda. Ale ma druciane oprawki od okularów. Patrzy na telewizor. Na mistrzostwa w pokera. Ani drgnie, tak patrzy. Do knajpy nie wejdzie. Nie wygląda na klienta.
Kelnerka odbiera telefon. Brudzi sobie zęby szminką, kiedy się krzywi. Przestań do mnie dzwonić, prosi.
Co ja mogę o sobie.
Nagle wszystko się rozgadało. Coś się przełamało. Kelnerka ma czerwone oczy. Dziewczyny milkną na sałatkami, skubią sałatką Caprese, ale aż słychać jak im serca biją. Bo leci taki romantyczny kawałek Adele. Facet ubrudził sobie szarlotką krawat. Coś mi się rozpędza w głowie. Jezus, jak mi się rozpędza.

Stara niania nie ma dwóch palców. Nie pytam. Ona nie mówi. Wiem, że zaraz po wojnie czytała książki przy świetle latarni. Ale o palcach ani słowa.

W nocy, na czerwonym świetle, do samochodu wchodzi mi obca kobieta z torbą w kratę. Podaje adres, patrząc przed siebie. Jest wpół do pierwszej w nocy. Zielone. Jadę. Jedziemy w milczeniu. Zawożę ją pod klatkę, przy aptece, na Śmiałej. Jaja.
Naprawdę nagle coś się zaczęło dziać.
Kiedy siadam do pisania, swędzą mnie palce. Kiedy siadam do jedzenia, boli mnie brzuch. Kiedy idę, prawie biegnę.
Co o sobie.
Ja i moje wszystko stają w końcu składową bardziej skomplikowanego doświadczenia. Taki hałas panuje dookoła, tyle tych historii w kółko powtarzanych, w kółko tak samo za serce smutnych, tak samo.
Co ja?

Ta euforia z pewnością kiedyś minie.
Tylko spokojnie.

Puenty nie będzie.
Jest za głośno.

Reklamy

F jak tylkospokojnie

Rozwalił mnie wczorajszy wpis Frustratki.
Dlaczego?

Dzień wcześniej siedziałam na leżaku na działce i, ignorując jedzące ziemię dziecko, zachłannie nadrabiałam zaległości w prasie opiniotwórczej. Im więcej czytałam, tym bardziej się kurczyłam. Jak doszłam do wywiadu z Masłowską, o przewrotnym tytule, to już byłam zapłakaną Calineczką.

Pomyślałam, że warto napisać na blogu o frustracji związanej z niepisaniem. O unikaniu pisania, o pożądaniu pisania, o dobrych radach, o… kurcze! Frustratka już to napisała. Kolejny raz. Gapię się na jej bloga i już nie mogę nie mogę udawać, że ta dziewczyna mówi głosem, który się niesie i… no tak. Każdy musi znaleźć swój głos.

Zawsze mówiłam, że blog TS powstał z inspiracji blogiem Frustratki. Ale jak cienka jest granica między inspiracją a kopią? Frustratka jest tylko jedna, tak mi się wydaje.

Jako wierna czytelniczka FjakF oraz jako TS czuję, że coś się kończy. Coś o czym F napisała. Demitologizowanie macierzyństwa jest potrzebne, ale wydaje mi się że już zaśpiewałam swoje chórki i mam ochotę zaśpiewać coś innego. Niedawno rozmawiałam z panią redaktor z polskiego radia, która poszukiwała bohaterek do audycji „odczarowującej macierzyństwo”. Starałam się jak mogłam przekonać ją, że jestem matką cierpiącą, ale ona na to, że coś chyba już nie bardzo…

Coś innego zaprząta teraz moje myśli. Coś słyszę w głowie, ale tak cicho i słabo, że muszę się na chwilę zamknąć, żeby dosłyszeć, co to jest. Muszę na chwilę zasnąć i posłuchać.

Czy zacznę pisać o tym, jaką mam dziwną pracę? A może o tym, jak odchodzę z dziwnej pracy? Może o fryzjerkach i dentystach? Może o plamach na słońcu i upale na ulicy… Może o peo. Może o gie em o. Albo o pi em es.

Co? Ciiii… Co?

Nic nie mogę obiecać, muszę się tylko skulić. I milczeć. I czekać.

Zaczekacie na mnie?


Nowe życie, część pierwsza

Ja i kolega z mojego miasta siedzieliśmy w słońcu na ławce i rozmawialiśmy o tym, co słychać u jego rodziców. Historia brzmiała mniej więcej tak. Moja matka nagle zdziwaczała. Wszystkiego się czepia. Toksyk w domu wprowadza. Do ojca pretensje wnosi nie wiadomo o co. Kręci się po domu jak wariatka. Miejsca znaleźć nie może. Tak to jest, jak się nigdy w życiu nie pracowało.

Zdziwiłam się – jak to nigdy? Że nigdy nigdy? Mało, mówi on. Uznała, że to dla niej zbyt stresujące.

Majowe słońce paliło nas w czoła. Wizja mnie samej jako wiedźmy pomidorowej gderającej nie chciała się oddalić.

Bo wolny zawód to nie zawód. Siedzisz w domu. Masz myśli różne. Niby pracujesz, ale tak naprawdę wszyscy myślą, że siedzisz. A jak wszyscy, to ty też zaczynasz tak myśleć. A matka z wolnym zawodem – ta to jakby siedzi podwójnie. Krząta się, gdera. Do ludzi nie wychodzi.

Zdecydowałam. Chcę biura i biurka. Chcę narzędzi biurowych i posiłków biurowych. Chcę biurowego szefa i biurowych godzin. Jadwigo. Wracam do gry.

Jakież było moje zdumienie, kiedy jedna z przedstawionych mi wcześniej ofert, niesłusznie przeze mnie uznana za nieatrakcyjną, okazała się wciąż aktualna. Praca ta, wprawdzie na umowę o dzieło, ofiarowała mi wymarzone biurko i pensję wystarczającą na pokrycie czesnego w przedszkolu publicznym i kosztów paliwa na dojazdy. A dodatkowo miłą atmosferę pracy w młodym dynamicznym zespole. W marketingu jeszcze nie robiłam, ale moja wstępna prezentacja na temat ciastek okazała się wystarczającą fascynująca, że mnie normalnie zaprosili na „od teraz”.

No to poszłam…

C.D.N.


Tadaaam

Dostałam na urodziny od Agatary prezent.  Taki wynalazek, żeby autorzy blogów, skoro już piszą cały czas o sobie, mogli wreszcie napisać coś o sobie.

Próbuję odgonić natrętną myśl o siedmiu grzechach głównych, bo:

Jeden. Wszystkie siedem mam zaliczone.

Ale za to – dwa – jestem zdrowa. Byłam u psychologa i powiedział, żeby rozmawiać z mężem. Oraz również, że kobiety z małymi dziećmi często przechodzą trudne momenty. Acha.

Niestety – trzy – jestem edukacyjnym blefem. Robię błędy ortograficzne i merytoryczne. Kiedyś publicznie wypowiedziałam się na temat sekretarki Moby Dicka!

Tym, co sprawia mi radość niezawodnie – cztery – jest znalezienie właściwych słów. Tym co mnie wkurza, jest znalezienie niewłaściwych. Często chodzę wkurzona.

Kiedyś czekałam na jednego chłopaka w jednym miejscu trzy dni. Ale nie przyjechał. Pięć.

Sześć. Po obejrzeniu teledysku Crazy Aerosmith (1994)  zamknęłam się w łazience i igłą do szycia, przekłułam sobie pępek.

Last but not least. Mam plan. W siedemdziesiąte urodziny  wyjeżdżam do Portugalii.  Będę tam wieść życie wesołe i biseksualne już do końca.  Adres siedziby opublikuję na blogu.

Tylkospokojnie.

Do nagrody nominacje otrzymują:

The Light Princess

O kruszki

Nie lekceważ gospodyni domowej

oraz

Tamtaram


Blog bless

Kuchnia mojej mamy.  Zupa specjalnie dla ciebie w słoik. Chciałabym wejść do słoika zamiast zupy.  Całowanie stopy rozmiar 25 w sklepie obuwniczym. Wytrawny kac. Zbijanie gorączki nurofenem na kolanach. Chłopiec w piaskownicy (po którym prawie nie widać, że jest autystyczny, tylko ona mówi, że się do niej nie przytula). To, co mógłbyś mi zrobić, gdybyś chciał. Fasola biała. Właściwie bez łyka. Niezbyt rokujące cv wydrukowane na laserowej. Biała mała tabletka na poniedziałek. Szuszum pralki już czwartą godzinę. Czarno białe zdjęcie chłopca na rowerze, który kiedyś będzie moim ojcem.  Godzina trzecia szesnaście w nocy.

Wszystko.

Może być tematem na wpis.

Somalijski holokaust. Informacja o promocji na bilet do Sao Paulo za jedyne tysiąc siedemset. Przepis na faszerowane papryki. Zarzygany kocyk w słoniki.  Śliska podłoga w poradni. Trzeci centyl. Piąty mililitr.  Tysiąc dwieście czternasty odcinek. Autobus do centrum odjeżdżający spod bloku co piętnaście minut.  No wszystko.


Graciarnia

Człowiek nazbiera tych gratów. Potem nie ma co z nimi zrobić. Fortepian służy za komodę. Stoi cicho od lat, przyszpilony zdjęciami w ozdobnych ramkach. Na sztalugach wiszą ciuchy. Już nic nie widać spod sterty szmat. Płótna na blejtramach pochowane pod łóżko. I jak tu pod łóżkiem odkurzyć? Ciągle żal to wywalić. Farby wyparowały. Glina zaschła na kamień. Nuty pożółkły. Książki, listy i stare notesy udało się jakoś na pawlaczu upchać. Taras, co miał być ogrodem, jest składem na rowerki i hulajnogi. Przewodnik po Meksyku, co to go razem kupiliśmy, podpiera szafkę na buty, bo się huśtała. Baletki mole zżarły. Głos, co miał śpiewać, czasem tylko się na wolność wyrwie, przy kołysance. Mamo, jak ty ładnie śpiewasz. … Śpij już.

Jak to się stało? Kiedy to się zadecydowało? Jakim cudem kiedyś wiedziałam, a teraz nie wiem. Kiedy się tak zakurzyłam? Walkowerem oddałam. Focha strzeliłam. Kiedyś wiedziałam, kim chcę być. Dziś wiem tylko, że jestem kimś innym. Wielkie mi halo. Nie ja pierwsza.

Maya mówi, że w każdy piątek chodzi na grę nauki na gitarze.

Mało się nie opluję z radości, bo ona ma słuch taki sobie. Dlaczego, pytam.

Bo zawsze chciałam się nauczyć grać na jakimś instrumencie.

I tak się przecież już się nie nauczysz.

No, całkiem się nie nauczę. Ale to nic. Przyjemnie jest grać. Słyszeć, jak się dźwięki coraz to bardziej się udają. Moje własne. I rozmawiać o muzyce lubię. Może bardziej rozmawiać niż grać. Rozumieć, czemu coś następuje po czymś. To są rozmowy ważne, istotne…

Rozmowy o muzyce są istotne??

Tak.

Nic nie mówię. Nie mam siły zapisać się już na żadne zajęcia dla początkujących. Zawracanie głowy. Odwracanie uwagi od przykrej konstatacji, że oto jestem w połowie drogi. Ja. Człowiek nikt.

Wyciągam te zakurzone płótna, a na nich się robi normalnie słono wodna abstrakcja z łez i glutów. Gdyby komuś chciało się kiedyś analizować, co autorka obrazu miała na myśli, to podpowiem. Chodziło jej o to, że sprawy jednak wyglądają inaczej, niż sobie to wyobrażała. I że całkiem nie wiedziała, co dalej.


%d blogerów lubi to: