Tag Archives: wakacje

życzenie

W tym nowym roku, czyli tak jakby teraz.

W nadchodzącym, czyli właśnie mijającym.  Jeśli się zatrzymasz na kilka dni w dziwnym hotelu, w mieście, którego nie znasz, możesz to poczuć.  Spróbuj przynajmniej. No?  I jak?

Kiedy, jak nie teraz. Tu, gdzie nawet nie masz zasięgu. Więc? No? Weź i żyj. Ktoś się wyprowadza z pokoju obok. Nie wiesz, kto; słyszysz tylko kroki, słyszysz jak kółeczka walizki truk truk. Wychodzisz, idziesz na spacer, mijasz dom z kolorową elewacją, patrzysz na niego i nie wiesz, co myśleć. Robisz zdjęcie.

Dzięki Bogu, o piątej jest obiad, do piątej jakoś dasz radę. Dlaczego chcesz być szczęśliwa? Dlaczego po prostu nie jesteś? Nabierasz w płuca górskiego powietrza i chcesz, bardzo chcesz to poczuć. Chcesz poczuć fajerwerki życia. Aż się prawie nie udusisz. Zamiast tego zbiera ci się na płacz. Pogięło cię?

Do wyboru masz nóżkę z kury, kotleta lub makaron na styl wegetariański, także nie można narzekać. Jesteś na wakacjach. Chyba to nie jest powód do zmartwień. To jest powód do relaksacji. W tym roku możesz poczuć się lepiej. Przecież chcesz. Nie brakuje ci motywacji. To wszystko jest do wypracowania. Idziesz na basen, żeby twoje ciało podpowiedziało ci kierunek. Patrzysz na całującą się parę i myślisz, że może potrzebujesz romansu. Romans z całą pewnością by cię zmasakrował. Nie, nie nadajesz się na romans w nadchodzącym. Nie wydaje mi się.

Czas mija szybko, mówi twoja mama. Jak miałam tyle, co ty, mówi, to wciąż mi się wydawało. A to przecież było jakby wczoraj. Dokładnie rozumiesz, co ona mówi. To akurat czujesz. I trochę ogarnia cię panika. A to już jest jakieś konkretne uczucie. Więc nakładasz na talerz nóżkę i sałatkę. Jednak.  Patrzysz w lustro, wciągasz brzuch, wchodzisz na wagę. Idziesz na basen, na spacer. Pijesz szampana o północy. Chcesz nadać znaczenie. Będziesz walczyć. Nie przestaniesz.

Robisz jeszcze kilka zdjęć. Układasz listę życzeń. Raz dwa trzy cztery. W nocy wymykasz się, chodzisz po korytarzu. Chcesz to poczuć. Chcesz żyć tu i teraz. Jest czysto, jest ślisko. Bar jeszcze otwarty. Wypijesz trochę, po wypiciu jest łatwiej, choć rano jest trudniej. W kieszeni masz jeszcze voucher na welcome drink. Pijesz duszkiem. Potem pijesz na voucher męża z drugiej kieszeni.  Rozglądasz się. Jesteś sama na świecie. W noworoczną noc. Jesteś postacią z Remarque’a. Scenografia jest zajebista. Serce ci pęka. Z pękniętym idziesz z powrotem.  Na korytarzu mijasz się z damą i z jej łasiczką.  Dama nie patrzy na ciebie. Łasiczka się nieco rozjeżdża. Masz jedno postanowienie noworoczne. Poczuć to. Złapać to.

 

 


No może

A może? Kupimy starą szkołę, remizę albo dom.

Co rano będę się gapić na niebo, przepowiadając prognozę krótkoterminową, czyli taką do  obiadu. Młody będzie biegał bez butów. Wiesz, jak on lubi. Podeszwy stóp, jak dotkniesz, ma takie twarde i mocne. Jeśli mu nogi zmarzną, będę go przeganiać, jak kozę na ciepłe plamy słońca.

Nauczę się nazw ptaków, których nie znam. Resztki ze śniadania zostawię w metalowej misce. Będzie trzeba ogarnąć sprawę ogrzewania. Do tej pory nie rozumiem, skąd ludzie na wsi mają ciepłą wodę. Obierki i skorupki od jajek będę wrzucać do dołka z kompostem, papiery spalę, plastiki mi tylko zostaną. Pod płotem posadzę pomidory. Poczytam w internecie jak to się robi i posadzę.

Poproszę cię, żebyś zamontował siatkę w wejściu, żeby muchy nie wlatywały. Powiem, że przecież nie chce mi się drzwi ciągle zamykać i otwierać, tak powiem.

Rowerem pojadę do sklepu. Mruknę dzień dobry pijącym przed sklepem panom, którzy na chwilę uprzejmie przestaną rzucać kurwami, bo to będzie prawdziwa wieś, nie Ranczo. Kobiety będą krzyczeć za dziećmi różne rzeczy. Takie rzeczy, które krzyczały ich matki.

W sobotę będzie wiadomo, kogo bawi disco polo, a w niedzielę, kto żałuje za grzechy. Jak się ksiądz jednak uprze, żeby do nas przyjść, to pozna Młodego, który ma wielu bogów. Mam nadzieję, że nie będzie problemu, a ksiądz będzie taki bardziej jak ksiądz Mateusz.

Wszyscy znajomi będą nam zazdrościć latem. Współczuć zimą, kiedy utkniemy w domu, bo nam gmina drogi nie odśnieży, a fejsbuk będzie się aktualizował czterdzieści minut.

Jeden pokój będzie gościnny, z pierwszeństwem dla E, która boi się tylko psów i niczego więcej. Może wilków jeszcze. Ale wilki to takie inne psy.

Schylę się i wyciągnę maleńką drzazgę z palca. Zaplanuję podróż do miasta na manicure.


Za parawanem

Nad parawanem szaleństwo. Strasznie wieje. Ale dobrze, że nie pada, cieszy się sprzedawca orzeszków karmelowych, popcornu oraz zimnych napojów. Pochylił się jak byk w natarciu i brnie dalej, pod wiatr, w przeciwnym kierunku niż nasze dmuchane koło. Które ucieka przez plażę na wolność. Za dmuchanym kołem leci na wolność jedno nasze dziecko. Znaczy, dziecko zza naszego z parawanu. Dzieci i parawany mamy na tym wyjeździe wspólne. Trochę pozwolimy dziecku uciec. Ale nie bardzo. Ktoś go w końcu weźmie za opiaszczoną mini dłoń i przyprowadzi. Ja. Leżę. Na dnie. Tu jest ciepło. Nie chcę, żeby we mnie wiało. Żeby mi napakowało piachu i żeby mi zrobiło gęsią skórkę. Ja nie gęś. Już nie gęś głupia, tylko, schowana za parawanem, ciepła foka.

Nad parawanem furczy i dmucha powietrze zimne, ostre i niewidzialne. Nad parawanem igiełki piachu i chłód. Niżej jest cisza i nic nie szarpie. Już nas wyszarpało. Już dzięki. Chcemy tylko leżeć tak i odpoczywać, choć niczym się nie zmęczyliśmy. Chcemy spać. Chcemy się ogrzać. Wyssać z tego lata coś na zapas.

Nasze myśli są niewesołe, dalekie od miejsca, w którym wbiliśmy pale parawanu, używając ciężkiego, gładkiego kamienia. Telefony milczą, choć chcemy, żeby ktoś zadzwonił. Albo dzwonią, choć chcemy, żeby milczały. Kruszą się ciastka i rozćtapują się banany. Ręczniki nigdy nie są do końca suche, jak to możliwe. Krzyki i piski dzieci. Tylko one nie dają się pochłonąć hałasowi wiatru. Ja mam usta zamknięte, bo nie ma sensu. Za parawanem wszystko jest przytłumione. Leżymy tam ze swoimi sprawami, które nam się w głowach kotłują. Mnie się na przykład kotłuje moje dzieciństwo, tylko tak się już strasznie kruszy i rozćtapuje.

A mówili, żeby jechać na Chorwację czy inną Maltę. Nie. Ja pierdolę, znowu Bałtyk, bursztyn, Irena Santor i wiatr. I parawan. Za parawanem masz Grecję i Balaton. Tylko łeb wystawisz i Bałtyk z powrotem.

Podniosłam się jak wielki latawiec. Piski dzieci kroją szum na nierówne kawałki. Jak ja mam dość tego kulenia się już. Chowania się za parawanem, życia za parawanem i ogólnie udawania nieżywej.  Dość.


Taka ładna

Pan się musi mylić, to nie ja. To nie moja twarz, to nie ja. Taka blada jakaś tu jestem, w kontraście do rumianej koleżanki z prawej, wyglądam jak niesymetryczna plama rozlanych potrójnych podbródków. Rozpacz nie gęba. Pod oczami dwa głębokie cienie mi pan tu uchwyciłeś i wyglądam jakbym miała wąsy. Pan się naucz zdjęcia robić najpierw, dopiero potem pan strzelaj tym fleszem. Ja tak na pewno nie wyglądam.

Pan sobie wybrałeś moment jak się garbię i gapię się tępo. Jakimś programem komputerowym mnie pan tak pofałdował i pomarszczył?! To naprawdę nie jest śmieszne.

Teraz, kiedy jest lato i kiedy kupiłam sobie kieckę na ramiączkach, cieniutkich jak nóżki pająka, nie mogę wyglądać jak byle co. Jest lato, kręcę małą gałką radia. Głośniej jeszcze. Dzieci pod blokiem piszczą, z moich okien leci piosenka o miłości. Yalla habibi, cośtam cośtam.

Zamykam oczy i nie widzę już tego zdjęcia. Nie widzę swojej skóry ze skłonnościami, co jest ofiarą utraty elastyczności na skutek czynników. Nie widzę rezygnacji zapisanej w linii pleców. Widzę monsunowe wesele, na którym jestem jednocześnie panną młodą i matką panny młodej. Piszczą dzieci pod blokiem. Jestem też dziewczynką na weselu. Kręcę się w kółko. Wszystko przede mną. Lato przede mną. Będę chodzić promenadą wśród budek z goframi i automatów z gumowymi kościotrupami i będę habibi. Będę mieć dwa jasne paski narysowane na czerwonych ramionach. Będę wciągać brzuch i odgarniać włosy, jak mi wiatr je włoży do ust. W zachodzącym słońcu będę kroić pomidory na kolację. Jestem taka ładna, jak mnie nie widzą żadne aparaty. Najładniejsza, jak nikt nie patrzy.


Jaszczurka

Łąka jest mokra. Nareszcie można założyć kalosze. Kalosze są z dajchmana, choć nie wyglądają. W mieście nigdy tak naprawdę nie ma powodu do założenia kaloszy. Nie wychodzą na spacery. Teraz idą. Między pastwiskami.
Wchodzę nimi specjalnie w błoto. Chcę poczuć radość błotną. Nie czuję nic. Krowy rasy mlecznej gapią się na mnie, ale jakby mnie nie widziały. Kozy skubią trawę. Obojętne.
Skręcam na łąkę, idę pod górę. Rosną tu rośliny, których nie znam. Żółte i fioletowe. A tam dalej jest sześć krzyży. Nazwiska brzmią obco, rok tysiąc dziewięćset piętnasty. Stoję i patrzę tym samym wzrokiem, co krowy. Na krzyże, na trawę na grobach, na niebo na chmurach. Mam kalosze, które prowadzą mnie wzdłuż strumienia. Strumień bawi się ze mną w chowanego. Jak dziecko – dobrze się chowa, ale nie przestaje się śmiać. I po tym śmiechu zawsze go znajduję. Idę łąkami aż do drogi. Obojętnie jak ta krowa. Miastowa. Serce mi nie topnieje nad niczym i nie ma powodu, żeby zapamiętać, że tak idę. Że wracam czarną drogą, po której nic nie jeździ.

I tylko ta zielona jaszczurka, która leży na ciepłym asfalcie. Ładna jaszczurka, tylko trochę nieżywa. Wybrała się na drugą stronę, nie w porę, o czym świadczy trochę czerwonego wokół zielonego. Pobiegła drogą, którą nic prawie nie jeździ. Prawie nic. Stoją kalosze nad małą śmiercią. Nieważną, niepotrzebną, głupią. Stoją i chciałyby iść dalej. To tylko jaszczurka.


Romet

 Co ja na to poradzę, że tak lubię wieś. Może byłam kozą albo Reymontem w poprzednim wcieleniu. Pragnę nosić bańki z mlekiem i jeździć traktorem. Krowy działają na mnie uspokajająco, zwłaszcza jak pijo wode, a ich oczy są zasnute mgłą bezmyślności i prostoty. Wieś kocham. A leśniczówka, wypełniona po brzegi czwórką dzieci to nie wieś. Więc ja i E postanowiłyśmy uciec i pojechać na KRÓTKĄ wycieczkę. Reszta miała zostać i dać paszę tym małym potworom. My natomiast zamierzałyśmy się relaksować aktywnie. Wycieczkę zaczęłyśmy od dużej kawy przy mapie. Podczas planowania trasy nie umknęło naszej uwadze, że mamy tylko jeden rower. Ale nic nas nie mogło już powstrzymać. Był to ewidentny przykład aktywnego feminizmu, to znaczy zdobyłyśmy starego rometa. E wsiadła, pojechała kawałek i zrobiła dziwną minę. Dzieci krzyczały, że chco pić. E stwierdziła, że da radę. Tylko już jedźmy. Pojechały my.

Celem była wieś ostatnia, już pod granico, na mapie to w odległości małego palca od leśniczówki, czyli blisko. Po deszczowym dniu, słońce przepchało się przed chmury i zachodziło ładnie. Romet skrzypiał. Jechałyśmy i gadałyśmy. Kury, kaczki, krzyże. Super. Jechałyśmy wolno, słońce zachodziło. Robiłyśmy zdjęcia komórko. Aż słońce zaszło. A droga bezczelnie weszła w las. Lasem jechałyśmy dobre kilka kilometrów. Gadałyśmy coraz głośniej. Bo dookoła było coraz ciszej. Ponieważ E zaczęła trochę dyszeć, to się zamieniłyśmy na rowery. Jak wsiadłam na rometa, to zrozumiałam, czemu E dyszy.

 E pojechała szybciej, a ja na tym kurna, żelaznym bydlaku pedałowałam przez las. Było już szaro. Po drodze przebiegło coś średnio dużego, jakby lis, i wskoczyło do lasu. Konkretnie to do puszczy białowieskiej. Będącej rezerwatem i siedliskiem wielu zwierząt, również tych dużych i dzikich. Jakoś dogoniłam E. Była przejęta, bo zobaczyła jelenia, a raczej rogacza, czyli samca sarny, jak nam tłumaczyła pani w muzeum. Podobno wybiegł na drogę, popatrzył jej w oczy i poszedł. E zapaliła światła w rowerze (romet świateł nie miał, sterczały tylko kabelki). Czy światło nie przyciąga drapieżników, zapytałam inteligentnie? E powiedziała, że może przyciągać. Ale lepiej coś widzieć niż nie. Nareszcie wyjechałyśmy z lasu. Na drodze na łące stała mgła. Za mgłą w nagrodę była wieś. Taka jakby trochę wymarła, mruknęła E. Chałupy z ciemnymi oknami. Ale buty przed drzwiami stoją. Naprawdę bardzo tu pięknie i czy możemy już wracać.

Mgła leżała na łące jak koc z waty. A przed nami leżał powrót. Przez las.

Do którego, jak dojechałyśmy, to znowu się zamieniłyśmy i E wylądowała na romecie. Jedziemy. Drogi widać kawałeczek. Nieba kawałeczek. Reszty nie widać. Wilki w puszczy białowieskiej polują stadami. Jako ofiarę wybierają osobnika słabszego, czyli w tym przypadku E, bo ma rometa. Rysie natomiast rozszarpują ofiarę na chybił trafił. Ty, co to za piski – pytam między jednym oddechem a drugim. To nietoperze, mówi E.
Acha.
Jedziemy.
Ta cholerna puszcza się nie kończy!

Jezu – wyszeptała nagle E, wzywając imię nadaremnie, ale wydawało nam się wtedy, że nie nadaremnie – Musimy się zatrzymać! Oszalałaś chyba! Syczę. Jedziemy dalej. A ona: kierownica mi się rusza! Zaraz odpadnie. A ja: mam to gdzieś. Jedziemy. Jak ci odpadnie, to się zatrzymamy.

Jak wypadłyśmy z lasu, a konkretnie to z puszczy, to się okazało, że E jechała w takiej pozycji, że kierownicę miała skręconą, ale przednie koło prosto. Fajnie to wyglądało.

 Ostatnie kilka kilometrów na romecie jechałam ja. Cały czas czekając, aż mi ta kierownica, co już niczym nie kierowała, zostanie w rękach i będę musiała zeskakiwać w pędzie na ciemnej wiejskiej drodze. Stracę wszystkie zęby, a może nawet oko, jeśli upadnę niefortunnie na jedna z tych pięknych żerdzi od płota. Mgła oszalała i ledwo znalazłyśmy drogę do leśniczówki. Przejechałyśmy jeszcze obok paśnika, przy którym coś łaziło, już nawet tego nie komentowałyśmy. Kiedy dojechałam do bazy, miałam ochotę wyrwać rometowi tę kierownicę i zjeść ją, a resztę spalić w ognisku. Przy którym hasały dzieci.

Na uginających się nogach przytuliłyśmy nasze kochane pociechy, nieświadome niczego biedactwa. Nakarmiłybyśmy je piersią, gdybyśmy mogły, ale nie mogłyśmy, więc dałyśmy im kiełbasy. Potem śpiewałyśmy im kołysanki o małym misiach, aż słodko zasnęły.

 Na liczniku miałyśmy 23 kilometry i 320 metrów.


Lusterko

Zabawa taka. Niespodzianka. Czy ja chcę. Poszeptali między sobą, pomrugali. Powiedziałam że chętnie, że jasne. Dom był duży, wiejski i skrzypiący, towarzystwo wspaniałe i pod wpływem. Miałam dwadzieścia lat. Było lato lato lato! Trzeba było iść na strych. Z jedną tylko osobą, najbardziej zaufaną. Zabawa polegała na tym, żeby zejść z góry z lusterkiem pod brodą, patrząc w to lusterko cały czas. Ono było specjalnie wyprofilowane i nie pozwalało zobaczyć podłogi, tylko sufit. W dole było widać, tylko to, co w górze. Belki stropu, żyrandole, framugi. Się szło, podnosząc nogi do góry w najmniej odpowiednim momencie. Przed wybiciem zębów chroniła osoba towarzysząca. Uwaga stopień. Zrobiłam krok, a podłoga w lusterku opadła bardziej w dół. Z każdym stopniem, opadała jeszcze bardziej. Szłam dalej. Przestępowałam belki i stare lampy aż doszłam do drzwi na podwórko. Otworzono je przede mną i wyszłam na próg. Było lato lato. Sierpień. Pod nogami miałam coś niesamowitego. Na początku nie widziałam, co to. Jakaś dziura wielka, pełna świetlików. Całe niebo. Pod nogami.

Piję kawę z napisem: ciufcia. Z szeryfem. Szeryf ma czerwoną apaszkę. Za oknem pracuje śmieciara i zaraz się wszystko obudzi i będzie coś o zębach, piżamach i kanapkach z. Będzie coś o planach na. Będzie coś na trzecią i na szóstą. I nie mam żadnego kontaktu od tej dziewczyny z lusterkiem. Nie pamiętam, jak to było. A przecież. Wszystkim nam to by się bardzo podobało. Taka ja. I taka zabawa z lusterkiem w sobotę rano.


Dziewcyno, dziewcyno

Stwierdził, że narty nie są fajne. W ogóle. Choć rano, kiedy dostał w wypożyczalni srebrny kask, to chciał. A teraz nie. Na nic sugestie, prośby, zachęty i subtelne szantaże. Nie i nie. Było koło południa, śnieg prószył, herbata z sokiem malinowym parowała na mrozie niczym wulkan przed. Dzieci śmigały z góry. Szybciej niż ja jeżdżę na rowerze.
Dziewcyno, dziewcyno, cemu ześ taka smutna? Nie jestem ci ja smutna, ino te góry takie piękne. Aż ciężko.

Była pierwsza. Zjedliśmy frytki smażone na starym oleju. Dużo ketchupu zabiło smak. Śnieg prószył, zasypując brzydotę i robiąc klimaty. Dzieci stukały butami narciarskimi o drewnianą podłogę karczmy. Było wpół do drugiej i poszliśmy oddać narty.

Po drodze stwierdził, że raz to on może jednak spróbuje. Puściłam go i kawałek pojechał.  Wygrzebałam go ze śniegu i rozplątałam nogi. Dziesięć razy a może sto. Pot spływał mi po plecach. Koło drugiej. Zjechał sam. Między trzecią a wpół do czwartej nauczył się skręcać, wstawać i korzystać z wyciągu. O czwartej odepchnął moją pomocną dłoń, a o wpół do piątej jeździł lepiej niż ja.

Śnieg zamieniał się w wodę. Na czerwonych policzkach.
Dziewcyno, dziewcyno, cemu ześ taka smutna? Nie jestem ci ja smutna, tylko jestem taka  śniegiem zasypana matka dumna. Aż głupio.


Z żyrafą

Dziadkowi otworzyli ramiona nasmarowane offem. Wstawili garnek na piec. Ścięli drzewo na opał. Wzięli dziecko z lata w mieście. Do lata na wsi.

Wytrzepali kołdry. Przegonili łasice.

Piątek. Pędzę. W myślach. Bo w korku nie. Dziesięć minut. Piętnaście. Pięćdziesiąt. Sto kilometrów. Pięćdziesiąt. Dwadzieścia pięć. Ograniczenie do siedemdziesięciu. Do czterdziestu. Jezu. Pędzę.

W końcu. Ło matko, ile tu się jedzie. I dziury. I komary i gzy. Opędzam się. Dziecko na mnie wisi. Garnki bulgocą. Psy szczekają. Podarli mi bluzkę. Ubrudzili buty. Poczekaj przebiorę się w jakiś łach. Łach pachnie stęchłą szafą. Psikam go dezodorantem.

W nocy nie śpię. Myślę wszystkie dźwięki. Pies podszedł pod drzwi. Są myszy.

Dom śpi.

I chrapie.

Swędzą mnie ukąszenia po komarach.

W dzień budujemy pułapkę na dzikie zwierzęta, choć patyki się nie chcą wbijać w suchą mać. Pokazuję, jak się robiło w peerel widoczki. Szukam szkła i kwiatków. Jak nie kręcę się w kółko w patykach i kwiatkach, to zasypiam. Co chwila, co siądę na ławce, huśtawce, hamaku. Co przysiądę, to śpię. Na mnie kładzie się moje dziecko. Mama nie spij. Muszę dziesięć minut. To śpij. Śpię. Ję. Wbijam kołki. Kopię piłkę. Siadam. Śpię. Co robisz mama? Adaptuję się chyba. To się adapatuj.

W sobotnią noc. Kiedy w wielkich miastach Rihanna zagrzewa do tańca i seksu, ja mam brud pod paznokciami, pachnę starą szafą. Mam słomkowy kapelusz. Mam dwie drzazgi. Rozdrapane do krwi łydki. Jagodowy język.

Mam pułapkę na dzikie zwierzęta. Policzone szyszki i gwiazdy. Spalony trochę trampek. Kto go wrzucił w popiół nie wiadomo. Jedną wizytę w sklepie. Piłkę na drzewie utkniętą. I butelkę piwa, co się chłodzi w studni. Internetu nie mam nawet kilobajta w telefonie. Nie można się połączyć z niczym. Możesz sobie włączyć tranzystorową jedynkę, co nadaje mszę świętą. Mamo, musisz zobaczyć te mrówki. Muszę zobaczyć.

O północy, jak w wielkich miastach na stół wjeżdżają koleżanki przebrane za drinki, ja już dawno śpię. I chrapię.

W niedzielę stawiam garnek na piec. Jestem zaadoptowana. Pająka z rękawa spokojnie wyprowadzam, gdzie jego miejsce. Dziecko zasnęło na ławce. Ma zachód słońca na nosie. Mogłabym mu zrobić zdjęcie, gdybym czuła taką potrzebę. Ale tylko się gapię.

W poniedziałek bladym świtem zmywam z siebie zapach szafy i psikam się fa w kulce. Wyciągam tusz do rzęs. Kluczyki do samochodu. Śpiącego malucha całuję. I jeszcze raz w ciepłą rękę. Kluczyki do samochodu gdzieś podziałam. Są. Klima i muza. I jakaś kawa po drodze. Mama, nie jedź. Stoi cielątko w piżamie na rosie. Piżama jest z żyrafą. Prowadzą do łóżka. Wygładzam usta z podkówki. Smyram, poję, okładam zabawkami. Kluczyki do samochodu. Nie rozmażę sobie tuszu do rzęs. Bo jadę prosto do pracy. Co ją mam. To do niej jadę. Nie rozmażę se teraz tego oka, bo mi się skapnie na kołnierzyk biały. Pojadę, coś porobię, zarobię. Nie ma powodu. Żeby mi ściskało płuco i serce. Uśmiecham się jeszcze przez szybę, choć makijaż już chuj strzelił. I kapie mi na bluzkę białą. Dwadzieścia pięć, Pięćdziesiąt, sto kilometrów.

Pięć dni.


Czasem wystarczy

Jadę do pracy wzdłuż muru cmentarza. Jadę rowerem. I myślę. Trochę myślę. Nie za bardzo.  Że, jak się z kimś jest, to nie za dobrze. Jak się jest samemu – niedobrze. Jak się nie ma dzieci, niedobrze. Jak się ma, jakoś niedobrze. Jak jest praca, to za dużo. Jak nie ma, to za mało. Jadę z górki. Wiatr mi suszy koszulkę. Ze spinek uspinkowane włosy mi wytargał. Gorąco.

Jak upał, niedobrze. Jak leje, jeszcze gorzej. Na czerwonym świetle nie dotykam nogami chodnika. Przytrzymuję się słupa rozgrzanego. Upał spada mi na łeb. Pocę się na słono i przeciwzmarszczkowo. Jadę dalej i mijam bramę cmentarza. Krzyż za krzyżem, za krzyżem, za krzyżem. Nie jest dobrze, jak kasy brakuje, jak zdrowie szwankuje. Jak brakuje piwa albo papierosów, a potem, jak brakuje czasu. A czasem, jak nie ma. Nic. Albo tak się wydaje, że nie ma. Że teściowa niedobrze, że matka, że ja.  Że syn, kurde, niedobrze.

Że udawać trzeba coś, niedobrze. Że po co mi to, na co mi to. Jak nie to, to co? Tam krzyż za krzyżem. I ptaszki wesoło ćwierkają, gołębie się wypróżniają, spokój tam mają. Za krzyżem krzyż. Jadę koło bramy. Koło żebraka. Koło sprzedawczyni wieńców. Biznes jej kręci się przez cały rok. Ja jadę dalej. Na razie.

Tyle bym chciała, co nie mam. Tyle. Tyle bym wzięła od ciebie. Wcale. Nie myślę żeby to było za dużo. I zawsze jak zawsze wychodzi niedobrze. Bez niedobrze ze snu nie wychodzę. Taka uroda. Taka natura. Wada genetyczna lub wrodzona. Fatum. Karma. Brak witamin. Zakręcam za murem cmentarnym. Prawie ramieniem się ocieram. O mur, za którym wiadomo co. A może tu też? Pod kołami? Jadę dalej. Jadę w upale, upał mnie goni. Naciskam pedały. Że szybciej. Nie myślę już wcale. Ja żyję. Że żyję na chwilę mi wystarczy.


%d bloggers like this: