Tag Archives: warszawa

Donos

Uprzejmie donoszę. Co usłyszałam dziś na Mickiewicza. Od młodzieży studenckiej, zebranej celem napicia się, jak to określili – „czegoś zimnego, z dużą zawartością kofeiny”. Co zasłyszałam, to piszę, starając się nie pomijać znaczących szczegółów. Że szybko jechali na rowerach, że im się to podobało. Nie precyzowali, dlaczego. Że, odkąd tamten mieszkał rok w Rotterdamie, to uważa, ze jeżdżenie samochodem to jest jakby „pozycja siły”. I dalej donoszę że. Byli wczoraj w jakiejś kamienicy, która okazało się miejscem dystrybucji alkoholu i teatru improwizowanego. Miejsca spożycia nie podali, ale okazało się, że ten teatr był lepszy niż youtube. Że tam się trochę naje….li i pojechali dalej rowerami. Bez żadnych przeszkód (!) dotarli na plac nie usłyszałam, jaki. Donoszę także. Że wolą Madryt od Barcelony. Że Prado wymiata. I Zarę wolą tam niż tu. Bo jest tańsza. Że ta w białych spodenkach, Helena, leci już w poniedziałek. Wraca w sierpniu dosłownie na kilka dni. Że ten wysoki poznał tę rudą w Poznaniu. Że ruda trzeci raz się dziś przebrała normalnie. Raz normalnie. Raz na obiad. W sukienkę. Raz na rower. Bez sukienki. Że Helena z rudą miała sesję zdjęciową. W pociągu. Że Justyna (nieobecna, jak wywnioskowałam) chodzi z Danielem. Choć jest super brzydka. Że no, bez przesady. Brzydka jest po prostu. Że, jakby Helena miała na nazwisko Mercedes, to też byłaby sławną szafiarką. Donoszę, że Helena siadła na kolanach temu drugiemu, choć wcześniej nie było żadnych, ale to żadnych oznak, że pozostają w jakimkolwiek formalnym związku. Donoszę także, że oni uważają, że wszyscy dziś w mieście mają piękne twarze. Uważam, że takie rzeczy nie powinny tak po prostu się wydarzać.
Donoszę, że ja to wszystko z czystego serca. Bo ja nikomu nie zazdroszczę. Nikomu. Nawet jak Anna Karenina przewraca oczami na ekranie i wydaje z siebie ten wzdech czy jęk. To ja nie zazdroszczę. Bo ja patrzę na Annę Kareninę i widzę tę aktorkę Anne Hathaway wijącą się w kolejnym dublu przed kamerą. Ona tylko udaje.
Ja się pytałam męża, rozmawialiśmy. Ja pytałam, czy mógłby pójść ze mną w świat. Nie bardzo, powiedział. Bo miał ciężki dzień. I ja to rozumiem.

Uprzejmie donoszę, że Helena miała pisać pracę magisterską, a nie szlajać się we czwartek wieczorem po Warszawie i głosić, jak to jej wszystko się podoba. A potem pojechać sobie, z całą tą grupą (bez kasków, uprzejmie donoszę) w stronę centrum, pozostawiając ulicę Mickiewicza (i mnie) za sobą, w zapadającym zmierzchu. Donoszę, że grupa opuściła miejsce obserwacji ok. 20.23 i nie wyglądało, jakby udawali się do domu.
Niniejszym donoszę, że kończę. Mój syn jedzie jutro obejrzeć kawalerzystów. Krzyczała do mnie pani przedszkolanka przez okno. Że proszę się jutro nie spóźnić. Z poważaniem. Wasza blogerka.


Galeria

Galeria. Mój drogi. No jasne, że handlowa. A jaka. To jest cud. Że tak wszystko, co najważniejsze, pod jednym dachem. A do tego szklanym. Takie na ten przykład promocje dwa w jednym. Albo kuchnie z całego świata. Nie rozróżnisz smaku, ale masz wyraźnie napisane, że ta jest japońska, a ta z ziemi włoskiej. Masz przedstawione na wielkich plakatach te emocje, co możesz je odczuwać zakupiwszy majtki. I jest jak w niebie. A takie kino na przykład. Życzę miłego seansu i zapraszam do baru. Film duński, to i nawet dużo wolnych miejsc. Za to reklam pół godziny w największej rozdzielczość i głośności. Normalnie masło margaryna Prokop i nowa telewizja. To jest moc. Czasem chciałabym być pielęgniarką albo nauczycielką, ale to są chyba takie zawody na wymarciu, więc nie rozpatruję. A uwierzysz, że Bruce Willis nie tylko nie jest na wymarciu, ale normalnie ratuje cały świat przed zagładą? Jego kumpel nindża łapie kule w locie. Skoro w Hollywood tak mówią, to chyba to jest najważniejsze? Ja mam puste oczy? To przez te okulary bardzo modne. Coraz mniej widzę. Pokazują mi jeszcze gładkie laski w bikini, jak biegają, a pośladki im się trzęsą. „To nie film. To petarda.” – piszą o tym dziele opiniotwórcze tygodniki. Więc, jeśli nie wiesz, co jest teraz na tip topie, to już wiesz.

Film duński. Snobistyczny taki gest. Ja i pięciu pozostałych widzów jesteśmy snobami, a dookoła kręgle się przewracają uderzone celnym rzutem. Lotki wbijają się w samą dziesiątkę. Gładkie otwory stołów połykają kule bilardowe. A piłkarzyki piłkarzykują, a flipery fliperują. A promocje się promują. Jak jest weekend, to i centrum rozrywki rozrywa chętnych. A najbardziej najbardziej, to jest tak właśnie to opisać, jak się to gówno całe widzi. I jaki to się ma dystans. I wszyscy w tym siedzimy. Po uszy. Nowa reklama dla arkadii, dla orange srorange, nowe media, media społecznościowe, weź i udostępnij się. Załóż fanapejdż i okulary w oprawce. Idź na  duński film. Trochę popłakać, trochę się ponudzić. Trochę tę pustkę jakoś zapchać. Nie watą. Nie cukrem. Nie kawą latte. Na sojowym. Boże. Czymś duńskim może. Wszystko już było. Nawet humus w trzech kolorach. Już po nas. Nie zeskrobiesz tej maski. My jesteśmy laski, bo my mamy czas dla siebie. To jest najważniejsze. Czas dla siebie. A nowa gra snajper dla najmłodszych reklamuje się na powierzchni większej niż moje mieszkanie. I trochę mi nogi uginają od tego, a trochę mam to gdzieś. Bo jestem częścią tego, na to się składam składką radosną. W galerii, w Magdy Gessler cukierni.

Chciałabym wysiąść, niech to pojedzie beze mnie. Niech już zostanę bez tego.

Ale trochę się boję. To może jeszcze kawałek. Proszę wprowadzić pin. Proszę wybrać kwotę.


M3

Z bloku wyrosłaś i gdzie się obrócisz tam blok. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość blok. Wychowałam się w labiryncie ścian, ścianek, meblościanek oraz tapczanów chowanych w ściany. I w ogóle wszystkiego rozkładanego w nowym roku. Jak się siedziało w ubikacji, to się czołem dotykało drzwi. Nad wanną wisiała suszarka i kapały prześcieradła zimną wodą na ciepłe plecy. Ważne było mieć sąsiadów mniej pijących, bo po rurach szło. Sąsiad więcej pijący to największe zło. Na imieniny rozkładany stół i pożyczane od sąsiadów krzesła. Do łazienki kolejka. Od ściany do ściany jeden krok.

I takim blokiem tak stoję do teraz.

Ale coś mnie klaustrofobia dopadła, jak wciskałam garnek bokiem do szafki. Teraz go nie mogę wyjąć. Książki dawno powciskałam do pudeł. Zdjęcia dziecku nie mogę zrobić, bo mi się w kadrze całe nie zmieści. Żeby otworzyć szafę, muszę przesunąć suszarkę, z której prześcieradła kapią. Potem mogę przesunąć rower. I już. Skłizing w szafach. Jest trochę za mało powietrza, żeby odetchnąć głębiej i trochę za mało miejsca żeby móc udawać, że mnie nie ma. Za mało, żeby mieć spiżarnię, pralnię i chowalnię, gdzie ja cichutko siedzę i żyję.

 Czasem wyobrażam sobie, że mówię:
weź zobacz na górze,
może zjemy na tarasie
schodzę na dół jakby co
(i niech pies nie wchodzi do salonu!)
możesz zostać i spać w gościnnym

 No, ale ja z bloku. Kuny od wiewiórki nie odzróżniam. Przed pająkami uciekam. Boję się burzy. I pszczół najbardziej. Chowalnię mam w wannie.

Zostaw kalosze na zewnątrz
i wpuść psa do salonu


Taki hałas

Przyszłam do kawiarni napisać wszystko, bo mi blog więdnie. Kelnerka, która przynosi kawę jest dziś na pewno pierwszy dzień w pracy. Przy tamtym stoliku jakiś pan ma romans z jakąś panią w komputerze. Nabija na widelec kawałek szarlotki i częstuje ekran. Śmieje się, krawat luzuje. Randka na odległość mu służy. Dwie studentki zastawiły sałatkami stolik na środku. Mówią sobie, że w ogóle nie lubią imprezować. Potakują sobie, odgarniając mysie włosy. Śmieją się bardzo głośno. Nie jest łatwo być cool. Jest trudno.
Co ja mogę o sobie w takiej sytuacji.
Za oknem stoi facet, co wygląda na bezdomnego. Wygląda. Ale ma druciane oprawki od okularów. Patrzy na telewizor. Na mistrzostwa w pokera. Ani drgnie, tak patrzy. Do knajpy nie wejdzie. Nie wygląda na klienta.
Kelnerka odbiera telefon. Brudzi sobie zęby szminką, kiedy się krzywi. Przestań do mnie dzwonić, prosi.
Co ja mogę o sobie.
Nagle wszystko się rozgadało. Coś się przełamało. Kelnerka ma czerwone oczy. Dziewczyny milkną na sałatkami, skubią sałatką Caprese, ale aż słychać jak im serca biją. Bo leci taki romantyczny kawałek Adele. Facet ubrudził sobie szarlotką krawat. Coś mi się rozpędza w głowie. Jezus, jak mi się rozpędza.

Stara niania nie ma dwóch palców. Nie pytam. Ona nie mówi. Wiem, że zaraz po wojnie czytała książki przy świetle latarni. Ale o palcach ani słowa.

W nocy, na czerwonym świetle, do samochodu wchodzi mi obca kobieta z torbą w kratę. Podaje adres, patrząc przed siebie. Jest wpół do pierwszej w nocy. Zielone. Jadę. Jedziemy w milczeniu. Zawożę ją pod klatkę, przy aptece, na Śmiałej. Jaja.
Naprawdę nagle coś się zaczęło dziać.
Kiedy siadam do pisania, swędzą mnie palce. Kiedy siadam do jedzenia, boli mnie brzuch. Kiedy idę, prawie biegnę.
Co o sobie.
Ja i moje wszystko stają w końcu składową bardziej skomplikowanego doświadczenia. Taki hałas panuje dookoła, tyle tych historii w kółko powtarzanych, w kółko tak samo za serce smutnych, tak samo.
Co ja?

Ta euforia z pewnością kiedyś minie.
Tylko spokojnie.

Puenty nie będzie.
Jest za głośno.


Z żyrafą

Dziadkowi otworzyli ramiona nasmarowane offem. Wstawili garnek na piec. Ścięli drzewo na opał. Wzięli dziecko z lata w mieście. Do lata na wsi.

Wytrzepali kołdry. Przegonili łasice.

Piątek. Pędzę. W myślach. Bo w korku nie. Dziesięć minut. Piętnaście. Pięćdziesiąt. Sto kilometrów. Pięćdziesiąt. Dwadzieścia pięć. Ograniczenie do siedemdziesięciu. Do czterdziestu. Jezu. Pędzę.

W końcu. Ło matko, ile tu się jedzie. I dziury. I komary i gzy. Opędzam się. Dziecko na mnie wisi. Garnki bulgocą. Psy szczekają. Podarli mi bluzkę. Ubrudzili buty. Poczekaj przebiorę się w jakiś łach. Łach pachnie stęchłą szafą. Psikam go dezodorantem.

W nocy nie śpię. Myślę wszystkie dźwięki. Pies podszedł pod drzwi. Są myszy.

Dom śpi.

I chrapie.

Swędzą mnie ukąszenia po komarach.

W dzień budujemy pułapkę na dzikie zwierzęta, choć patyki się nie chcą wbijać w suchą mać. Pokazuję, jak się robiło w peerel widoczki. Szukam szkła i kwiatków. Jak nie kręcę się w kółko w patykach i kwiatkach, to zasypiam. Co chwila, co siądę na ławce, huśtawce, hamaku. Co przysiądę, to śpię. Na mnie kładzie się moje dziecko. Mama nie spij. Muszę dziesięć minut. To śpij. Śpię. Ję. Wbijam kołki. Kopię piłkę. Siadam. Śpię. Co robisz mama? Adaptuję się chyba. To się adapatuj.

W sobotnią noc. Kiedy w wielkich miastach Rihanna zagrzewa do tańca i seksu, ja mam brud pod paznokciami, pachnę starą szafą. Mam słomkowy kapelusz. Mam dwie drzazgi. Rozdrapane do krwi łydki. Jagodowy język.

Mam pułapkę na dzikie zwierzęta. Policzone szyszki i gwiazdy. Spalony trochę trampek. Kto go wrzucił w popiół nie wiadomo. Jedną wizytę w sklepie. Piłkę na drzewie utkniętą. I butelkę piwa, co się chłodzi w studni. Internetu nie mam nawet kilobajta w telefonie. Nie można się połączyć z niczym. Możesz sobie włączyć tranzystorową jedynkę, co nadaje mszę świętą. Mamo, musisz zobaczyć te mrówki. Muszę zobaczyć.

O północy, jak w wielkich miastach na stół wjeżdżają koleżanki przebrane za drinki, ja już dawno śpię. I chrapię.

W niedzielę stawiam garnek na piec. Jestem zaadoptowana. Pająka z rękawa spokojnie wyprowadzam, gdzie jego miejsce. Dziecko zasnęło na ławce. Ma zachód słońca na nosie. Mogłabym mu zrobić zdjęcie, gdybym czuła taką potrzebę. Ale tylko się gapię.

W poniedziałek bladym świtem zmywam z siebie zapach szafy i psikam się fa w kulce. Wyciągam tusz do rzęs. Kluczyki do samochodu. Śpiącego malucha całuję. I jeszcze raz w ciepłą rękę. Kluczyki do samochodu gdzieś podziałam. Są. Klima i muza. I jakaś kawa po drodze. Mama, nie jedź. Stoi cielątko w piżamie na rosie. Piżama jest z żyrafą. Prowadzą do łóżka. Wygładzam usta z podkówki. Smyram, poję, okładam zabawkami. Kluczyki do samochodu. Nie rozmażę sobie tuszu do rzęs. Bo jadę prosto do pracy. Co ją mam. To do niej jadę. Nie rozmażę se teraz tego oka, bo mi się skapnie na kołnierzyk biały. Pojadę, coś porobię, zarobię. Nie ma powodu. Żeby mi ściskało płuco i serce. Uśmiecham się jeszcze przez szybę, choć makijaż już chuj strzelił. I kapie mi na bluzkę białą. Dwadzieścia pięć, Pięćdziesiąt, sto kilometrów.

Pięć dni.


Czasem wystarczy

Jadę do pracy wzdłuż muru cmentarza. Jadę rowerem. I myślę. Trochę myślę. Nie za bardzo.  Że, jak się z kimś jest, to nie za dobrze. Jak się jest samemu – niedobrze. Jak się nie ma dzieci, niedobrze. Jak się ma, jakoś niedobrze. Jak jest praca, to za dużo. Jak nie ma, to za mało. Jadę z górki. Wiatr mi suszy koszulkę. Ze spinek uspinkowane włosy mi wytargał. Gorąco.

Jak upał, niedobrze. Jak leje, jeszcze gorzej. Na czerwonym świetle nie dotykam nogami chodnika. Przytrzymuję się słupa rozgrzanego. Upał spada mi na łeb. Pocę się na słono i przeciwzmarszczkowo. Jadę dalej i mijam bramę cmentarza. Krzyż za krzyżem, za krzyżem, za krzyżem. Nie jest dobrze, jak kasy brakuje, jak zdrowie szwankuje. Jak brakuje piwa albo papierosów, a potem, jak brakuje czasu. A czasem, jak nie ma. Nic. Albo tak się wydaje, że nie ma. Że teściowa niedobrze, że matka, że ja.  Że syn, kurde, niedobrze.

Że udawać trzeba coś, niedobrze. Że po co mi to, na co mi to. Jak nie to, to co? Tam krzyż za krzyżem. I ptaszki wesoło ćwierkają, gołębie się wypróżniają, spokój tam mają. Za krzyżem krzyż. Jadę koło bramy. Koło żebraka. Koło sprzedawczyni wieńców. Biznes jej kręci się przez cały rok. Ja jadę dalej. Na razie.

Tyle bym chciała, co nie mam. Tyle. Tyle bym wzięła od ciebie. Wcale. Nie myślę żeby to było za dużo. I zawsze jak zawsze wychodzi niedobrze. Bez niedobrze ze snu nie wychodzę. Taka uroda. Taka natura. Wada genetyczna lub wrodzona. Fatum. Karma. Brak witamin. Zakręcam za murem cmentarnym. Prawie ramieniem się ocieram. O mur, za którym wiadomo co. A może tu też? Pod kołami? Jadę dalej. Jadę w upale, upał mnie goni. Naciskam pedały. Że szybciej. Nie myślę już wcale. Ja żyję. Że żyję na chwilę mi wystarczy.


Lato w mieście

Osiedlowy piknik mi zrobili pod blokiem. Szklanki się trzęsą od hałasu. To może i zejdziemy na trawę pod namioty. Jest lato w mieście. Jest piknik. Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten? Pompowane zjeżdżalnie stękają od nadmiaru towaru. Na boisku mecz. Dziesięciu kibiców naszej dzielnicy daje radę. Mają nawet zespół cheerleaderek. Takie harcerki, tylko w mundurkach bez brzucha. Cheerleaderki wprowadzają w piknik pożądany kontekst Pożądania. Nie mają rozstępów na brzuchu. Mają tylko skórę i tusz do rzęs. Na spoconym nosie mam różowe okulary, przez które widzę wakacje.

Gryl jest na prąd. Syczą w upale kiełbasiane soki. Ajs ti, słomka, plastikowy widelec, papierowy talerzyk. Miejsce na ławeczce. Trochę musztardy na bluzce, na palcach. Lepko. Gorąco. Piwa. Piwa bym się napiła.

Nagle buch. Nagle puch. Bum cyk cyk. Ze sceny rozłożonej do agregatów podłączonej. Witamy państwa na corocznym. Zagra nam zespół, a co myśleliście. Nagłośnienie nie w kij dmuchał. Napiłabym się piwa zimnego. Przebrałabym się za cheerleaderkę bez brzucha. Pozwoliłabym się pocałować kapitanowi drużyny. A może wokaliście. Palilibyśmy co nie co pod sceną.

Pójdę jeszcze po musztardę, bo jakaś dobra. Z wielkich plastikowych butelek z Makro, ale jakoś mi smakuje. Być może moje porażki wegetariańskie mają źródło w pierwszej miłości, smakującej kiełbasą z ogniska i piwem… Co to było za piwo? EBe?

Grają chłopcy rocka grają. Dają czadu. Krzyczą: you got to do what they told ya! Powstań przeciwko systemowi. Jak ja darłam się, wtedy, na osiemnastce. Ktoś z klasy przyprowadził ciebie. Czy lubię rage against the machine, spytałeś.

Zjadam resztki z tacki dziecka. Popijam resztką ajs ti dziecka. Czy tu wolne, pytają. Proszę pani, pytają. Sportowcy z boiska. Ramiona z wężami, krzyże z mieczami, symbole celtyckie. Na przedramieniu mojego syna dinozaur.

Namioty miały śledzie do wbijania w ziemię. Rankiem było w nich tak duszno. Tak dawno. Spalę sobie ramiona jak zawsze. Będę je chłodzić grubą warstwą kremu nivea.

Po przerwie zapraszamy. Zespół gra co zna. Teraz już wiem. Wiem, co to miłość. Teraz już wiem, co znaczy z tobą noc. Teraz teraz teraz. Trzeba się zbierać, posprzątać, no, to nie może tak zostać. Tacka, widelczyk, plastikowa butelka. Segregacja zapewni im drugie życie. Śmieciom w sensie.


Jak tu teraz siedzę i patrzę, i patrzę i siedzę, to widzę to jasno. Że rok temu a teraz to jest jednak różnica. Że wtedy byłam na bezludnej kanapie, pływającej w oceanie gnoju. W gnojówce kotłowały się głodne krokodyle. I wtedy wszystko chciało się napisać. Wszystko się przepychało do wyjścia i jęczało. Wiertło pracowało 24/7. Każdy krok, ćtap, ćtap, po rozmazanym syfie zostawiał ślad. Masz swój gordyjski węzeł i weź to se sama rozplącz. Albo se rozpłacz. Rozpłacz se na części pierwsze.
I to i to. I tamto. I jeszcze.

A teraz cisza. Najpierw zgrzytnęło i chrupnęło, ziemia się zatrzęsła, wiertło się wygło i stanęło w miejscu. W świętym temacie rodziny napisałam już wszytsko.

Rozważam, czy nie założyć nowej wersji bloga, na której będzie można poczytać z maluszkiem bajkę, zrobić must have eko bombkę i dowiedzieć się jak zrobiłam pure z zielonego groszku. Bo po co to pisać po raz kolejny?! Że lepiący się do moim palców talerz? Że ten gest zmywakowo-potulny? Że chcę umieć dobrze, a źle się robi. Przecież napisałam to już tyle razy, że nawet pobudziłam do działań prewencyjnych. Przyszło siedem maili od życzliwych znajomych i nieznajomych, żebym się wybrała do lekarza, tudzież pierdolnęła się z mostu i nie męczyła już buły. Bardzo dziękując, wracam do zmywania. Polewam ludwikiem swoje dejavu. Nic się nie zmienia. Może wysokość dziecka, które nabija mi teraz siniaki na biodrze, a nie na udzie. I to już. Wycieram, zamykam, chowam, trzaskam. Chłodzę się mineralną.  Nie chce mi się. Już nie mam siły o tym mówić.

Może trzeba się zmobilizować.

Idę, wychodzę, włos ma obcięty. Spotykam się, rozmawiam, piję i palę. Stoję pod sceną. Ja obserwator, potrafię czasem, jakże trafnie, opisać obcisłe pepe jeansy wokalisty, co śpiewa redemption song, ale nie żeby od razu coś. Zresztą to cover. Ja też jestem cover. Co za lapsus, co za paralela, metafora i w ogóle gomorra.
Stoję pod sceną. Myślę o tym, że emocje nie używane zanikają. Są eliminowane w procesie ewolucji.
Stoję pod sceną i marzę o tym, że nie jestem coverem.


Ostatni miesiąc w rankingu

Co roku listopad zaczyna się od zgubienia jednej rękawiczki. Następuje kryzys w związku – jedna rękawiczka marzy o domu, a druga o dalekich podróżach.  Rozstają się bez mojej wiedzy. Podnoszę sobie ciśnienie jak cyberpunkowa pielęgniarka. Kawą, biegiem za autobusem, kieliszkiem, spotkaniem, uczynkiem i zaniedbaniem.  Dłonią bez czucia piszę sms. To ja. Powiedz mi coś ciepłego. Nie wiem co. Byle w odpowiedniej temperaturze. Giw mi fiwer. Wiadomość dostarczono.
O czwartej po południu zapada noc. Udaję zadłużonego Greka.  Że co? Że jak? To dopiero połowa dnia. Jeszcze tyle się może wydarzyć do dwudziestej pierwszej, drugiej, a może nawet i trzeciej.  Masz jedną nową wiadomość. Wprawdzie od operatora sieci komórkowej, ale to zawsze coś. Świat nie śpi. Operator sieci nadal cię chce
Trawnik jest martwy. Drzewa są łyse. Zapanował bezkolor. Święty Mikołaj przeciera ze zdumienia oczy, że już jakiś oszołom wystawił go w witrynie sklepu. Kazik i Kasia Nosowska ładnie śpiewają, że jest słabo, ale humoru to raczej nikomu nie poprawi. Pod apteką darmowy koncert kaszlu daje cała kolejka. Młody obraził się na swoje buty, bo są ocieplane. Zapisałam się do biblioteki i mam grubą, niebieską książkę. Ma w tytule lód. Jak co roku, nikt mnie nie rozumie. Złamany nikt.
Sylwester w Polsacie z Marylą Rodowicz brzmi obiecująco. Nie mam kominka, ale mam fejsbuk. Porządkuję kontakty w dwie grupy: ci, co chcą mieć dzieci, a nie mają, i ci co mają, a już nie chcą. Porządkuję myśli w głowie w dwie grupy: cyniczne i banalne.
Jak wiadomo, listopad składa się w nieskończenie krótkich momentów. Są tak krótkie, że prawie ich nie ma. Należy trzymać fason, zatamować krwawienie, nie rzęzić, zapobiegać miejscowo i tymczasowo.

Masz nową wiadomość. Jest ważna, dlatego wrzuca ją od razu do spamu.
Piszesz zza siódmej góry email, że tęsknisz za polskim listopadem! Nie wiem czemu, ale doskonale cię rozumiem.


Proste

Wychowałam się w mieście o dużej stopie bezrobocia i grubym karku przeciętnego obywatela. W mieście tym istnieją pewne proste, niepisane reguły. Na przykład – w pewne miejsca nie chodzi się po zmroku. Nie szwenda się w nocy po ulicy, a jeśli się szwenda – to można się natknąć. Nie zaprasza się znajomych z innego miasta, żeby przyjechali w koszulkach „I love Kraków” i nie robi im się pub crowling. No, co wam będę tłumaczyć, po prostu nie.
Bandyci są bandytami. Czasem są twoimi sąsiadami, czasem taksówkarzami, a czasem kolegami z bloku. Jedziesz z nimi jednym autobusem, stoisz w kolejce na poczcie, nawet pijesz piwko przy sąsiednim stoliku. Ale nie zapraszasz ich na swoje urodziny do domu. I nigdy, przenigdy nie wchodzisz im w drogę, jak są naprani.
Nikomu też nie przychodzi do głowy pójść do bramy, gdzie gorzką amfę popijają podróbą koniaku i puścić im bańki mydlane. Nie wiem, czemu. Może dlatego, że policja ich nie pilnuje – pojawia się dopiero czterdzieści minut po zdarzeniu, jak poszkodowany jest już na stole operacyjnym u chirurga.
Prości ludzie z głupich miast nie wchodzą bandytom w drogę, a ich lewactwo jest zawsze koślawe i nieufne wobec dziwnych, niepragmatycznych zachowań wielkomiejskich idealistów.


%d bloggers like this: