Tag Archives: zabawa

Wyliczanka

Cebula cebula czosnek czosnek

Zbudowały sobie mostek

Nie rób scen i

Nie rób fochów

Bo strącimy cię do lochów

Obiad zupa

Drugie danie

Białe pranie, sranie w banie

Cebula cebula czosnek czosnek

Zbudowały sobie mostek

A w tym mostku była dziura

I uciekła nam matula

Jedzie pociąg do Krakowa

A przy oknie matki głowa

Leci WizzAir na południe

Matka już wygląda cudnie

Raz dwa trzy

Te raz ty


Lato w mieście

Osiedlowy piknik mi zrobili pod blokiem. Szklanki się trzęsą od hałasu. To może i zejdziemy na trawę pod namioty. Jest lato w mieście. Jest piknik. Co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten? Pompowane zjeżdżalnie stękają od nadmiaru towaru. Na boisku mecz. Dziesięciu kibiców naszej dzielnicy daje radę. Mają nawet zespół cheerleaderek. Takie harcerki, tylko w mundurkach bez brzucha. Cheerleaderki wprowadzają w piknik pożądany kontekst Pożądania. Nie mają rozstępów na brzuchu. Mają tylko skórę i tusz do rzęs. Na spoconym nosie mam różowe okulary, przez które widzę wakacje.

Gryl jest na prąd. Syczą w upale kiełbasiane soki. Ajs ti, słomka, plastikowy widelec, papierowy talerzyk. Miejsce na ławeczce. Trochę musztardy na bluzce, na palcach. Lepko. Gorąco. Piwa. Piwa bym się napiła.

Nagle buch. Nagle puch. Bum cyk cyk. Ze sceny rozłożonej do agregatów podłączonej. Witamy państwa na corocznym. Zagra nam zespół, a co myśleliście. Nagłośnienie nie w kij dmuchał. Napiłabym się piwa zimnego. Przebrałabym się za cheerleaderkę bez brzucha. Pozwoliłabym się pocałować kapitanowi drużyny. A może wokaliście. Palilibyśmy co nie co pod sceną.

Pójdę jeszcze po musztardę, bo jakaś dobra. Z wielkich plastikowych butelek z Makro, ale jakoś mi smakuje. Być może moje porażki wegetariańskie mają źródło w pierwszej miłości, smakującej kiełbasą z ogniska i piwem… Co to było za piwo? EBe?

Grają chłopcy rocka grają. Dają czadu. Krzyczą: you got to do what they told ya! Powstań przeciwko systemowi. Jak ja darłam się, wtedy, na osiemnastce. Ktoś z klasy przyprowadził ciebie. Czy lubię rage against the machine, spytałeś.

Zjadam resztki z tacki dziecka. Popijam resztką ajs ti dziecka. Czy tu wolne, pytają. Proszę pani, pytają. Sportowcy z boiska. Ramiona z wężami, krzyże z mieczami, symbole celtyckie. Na przedramieniu mojego syna dinozaur.

Namioty miały śledzie do wbijania w ziemię. Rankiem było w nich tak duszno. Tak dawno. Spalę sobie ramiona jak zawsze. Będę je chłodzić grubą warstwą kremu nivea.

Po przerwie zapraszamy. Zespół gra co zna. Teraz już wiem. Wiem, co to miłość. Teraz już wiem, co znaczy z tobą noc. Teraz teraz teraz. Trzeba się zbierać, posprzątać, no, to nie może tak zostać. Tacka, widelczyk, plastikowa butelka. Segregacja zapewni im drugie życie. Śmieciom w sensie.


Niepicie

Najpierw nie pijesz, bo jesteś w ciąży. Potem nie pijesz, bo karmisz (wtedy zresztą nie-picie nie jest twoim największym problemem).  Potem nie pijesz, bo każda, nawet śladowa ilość alkoholu, doprowadza cię do tańca na stole, podczas gdy reszta towarzystwa jeszcze nie dostała rumieńców. Potem nie pijesz, bo jak wchłoniesz kilka kieliszków, to kac w towarzystwie dziecka jest nie do zniesienia.

Ale

Im więcej nie pijesz, tym gorzej znosisz.  Na zdrowie.  Na drugą nóżkę.  Karniaczka i rozchodniaczka.  Język  taki bogaty, taki opisowy. Twarze takie szczęśliwe. I takie nieszczęśliwe twarze. Oczy, które widzą, co chcą.  Coś tam widzą, czegoś nie. Ta pewność siebie. Testosteron we krwi. Promil i czosnek w wydychanym powietrzu hej.

I jeszcze jeden i jeszcze raz. W imię mitów i filmów na których. Prawdziwy mężczyzna pije. Picie prawdziwego mężczyznę upoważnia. Zarówno w kwestii wypuszczenia bestii.  Oraz w kwestii rzewnych wyznań gówno wartych. A także w kwestii zachowywania się jak idiota. Ja mam serce jak piekarnik. Ale ty mnie nie dotykaj. Kontaktu ze mną cielesnego nie szukaj. Nie brataj się ze mnę, bo ja się nie bratam.

W imię tradycji polskiej, ruskiej i bałkańskiej. Dusza słowiańska. Nikt nie wie, co to znaczy. Nikt. Ale kto nie pije, ten kabluje.  Póki my żyjemy.

A trafi się jakaś rodzinna impreza, to dopiero emocje się ujawniają. Wyszedł ochłonąć, na powietrze wyszedł. Za nim ona cicho. Spokojnie tłumaczy. Bo on już jest taki odważny, taki chojrak do niej, że lepiej na spokojnie. Na grzecznie. Mieciu, Waldziu, ty zbastuj trochę.  Wystarczy ci już. Masz tu, usiądź, ochłoń. A on taki bardziej wiking jest teraz. On ma sprawy. Kurrr… ja pierrr…. chuj. Sprawy mam, siadał nie będę.

Wychodzi nie w porę ośmioletnie dziewczę o sarnich oczach. Na mamusię sarnimi patrzy. Na tatusia. Ale tatuś się trzyma. Jest w porzo. Curuś ty moja kochana. W porzo jest. Dzieci z alkoholem nie mieszać. Nie mieszać ich w to. Sami się pobawmy.

Gotuje się we mnie krew jak na wyprawie krzyżowej.  To nie moja sprawa. Nie moja. Ja nie kabluję. Ja potrafię. A jak ja wcześniej potrafiłam. Ale już nie mogę. Nie mogę.

 


Kredkami

Chce mi się pić. Przez to wczorajsze spotkania z Fk –  dwa kluby, dwa bary, dwie łazienki pełne rozchichotanych dziewczyn i ich, roztartych pędzelkiem, cieni na powiekach, ich ust w dziubek ściągniętych, błyszczykiem pociągniętych.

Na śniadanie trzy herbaty. Młodemu umywam umleczoną brodę, czeszę włosy, które cierpliwie wstają. Przyklepie się jakoś czapką. Wychodzę. Dom zostawiam w domu, otwieram mu tylko okna, żeby sobie pooddychał. Autobusy i tramwaje.  Trzydzieści minut i jesteśmy w kawiarni. Dla ludzi z dziećmi – niech właścicielom w klientach wynagrodzone będzie! Młody pada w zabawki. Ja padam na krzesło. Zamieszanie. Tyle tatów, mamów, strażów pożarnych, rajtuzek, słomek, warzyw z plastiku i bujanych koników. Za przecinki służą mokre chusteczki, niekapki kubki, latte kawki. Jeden tata jak marzenie, a kelnerka ma dredy w kolorze nieba. Trochę gadamy z D, która przyszła z synkiem. Trochę się gapimy, trochę wycieramy dzieciom nosy. Wytatuowany położył się córką na ziemi, składa kolejkę. Wszyscy rozmawiają, wstają, siadają, konsumują. Perpetuum mobile ludzkich czynności. I sok ze słomką. A w kiblu muchomorki i słoniki.

Gdybym miała narysować niedzielę kredkami, to właśnie tak by to wyglądało.

Więc nie zamykajcie mnie w domu. Jam jest społeczne zwierzę, zwierzę ludzkie. Uszy mam do słuchania, a usta do mówienia. Mózg mam do nie tylko planowania obiadów, a serce nie tylko do laurek. Lubię czuć, że się kręci, że się płynie. Mówiąc już tak górnolotnie, nie za głośno – że się żyje. Jak mnie w domu zamykacie to mi normalnie ustają wszelkie czynności, tętna nie wyczuwam. Nie wyczuwam nic, jak słyszę:
Gdzie chcesz wychodzić? Takie zimno, takie błoto, takie zarazki, krawężniki. Gdzie będziesz szła? Lepiej w domu siedź. Siedź, to zaoszczędzisz. Nagotujesz. Pranie zręczne i niezręczne cię czeka…

O nie. Ja tu zostaję. Nogami się zapieram. Pizzą się żywię. Serem się brudzę. Jestem zadowolona, bezrefleksyjnie utulona.

A wszystko przez Fk.
Że mnie tak wczoraj po tych barach przeciągnęła.


Leszczu

Młody przez tydzień był członkiem bandy. Przejęto w posiadanie wiejski dom z przyległościami: pustą przyczepą kempingową, starą piaskownicą z błotem, drabinką ze zjeżdżalnią i oponą na linie. No i z trampoliną – najnowszym „a must” w biznesie agroturystycznym. Banda dysponowała sporym hektarem nieużytków, otoczonych lasem, który stanowił granicę ich świata. Hierarchia w bandzie kształtowała się dynamicznie. Stanowisko szefa przechodziło z rąk do rąk  Stanowisko „leszcza” od razu przypadło Młodemu.

Leszczu nie wymiękł. Szybko awansował, dzięki kilku akcjom:

– przez 11 godzin nie zszedł z trampoliny (nie licząc jednej krótkiej przerwy na posiłek i jednej na pójście w krzaki)

– zobaczywszy jezioro, rozebrał się w 3 sekundy i poszedł(!), zatrzymał się na szczęście przy zacumowanej łódce, skąd go wyciągnęłam

– nie uznawał butów ani skarpet, nawet jak lało

– nie płakał

– nie spał

– nie jadł

– potrafił się ubrudzić tak, że definicja brudu uległa zmianie

– najstarszemu i najgroźniejszemu chłopcu powiedział „kocham cię”, objął go i pocałował

– mówił do ojca per „leszczu”, z czego wnioskuję, że nie do końca załapał znaczenie słowa

– raz zgłodniał – znalazł bułkę, potem podszedł do pierwszej napotkanej osoby i zażądał noża

– raz zasnął pod stołem i go szukaliśmy strasznie zdenerwowani

Moja rola zredukowała się do siedzenia z boku. Z parującym rosołkiem z kluseczkami, który mogłam sama se zjeść. Zastanawiałam się, czy to na pewno moje dziecko. Odważne,  samodzielne, bezkompromisowe. Ze skorupą błota na głowie, niczym hipisowski chłopiec, owoc namiętnej nocy na Woodstock, a nie wyliczonych z kalendarzyka dni płodnych. Patrzył na mnie niewidzącym wzrokiem, kiedy usiłowałam upchnąć zimne nóżki w jakieś buty. Mamo, zostaw mnie. Byłam mu potrzebna tylko przed zaśnięciem. W pozostałe godziny niemal czułam, jak pękały utkane w bólu i rozkoszy niteczki łączące nas od zawsze. Od trzech lat. Samodzielność dziecka zaczyna się tam, gdzie kończy się ingerencja rodziców, a zwłaszcza matki. Jego osobowość jest tam, gdzie nie ma mnie.

Oczywiście jeszcze wiele lat będę siedzieć nad tym cholernym rosołkiem, ale on będzie coraz zimniejszy.

Jestem trochę smutna, trochę wolna, trochę dumna.

I chyba chciałabym małą hipiskę…


Spokojnie, to tylko wakacje

No super jest. Pogoda jest. Morie jest. Własny parawan w tęczowych kolorach, niczym flaga tolerancji wydymany przez morską bryzę, jest. Dziecko w amoku wakacyjnym jest. Babcia w poczuciu misji dożywienia dziecka w amoku wakacyjnym jest. Mąż dzwoni. Tęskni całuje dojedzie. Rozgryzam odrobiny piachu. Chcę poczuć smak zadowolenia. Znowu nie mogę wejść w rolę. Small talk z panią z turnusu jakoś mi nie wychodzi. Gofry mnie mdlą. Morze jest za zimne. Słońce parzy.

Moja mama. Mój syn. Stołówkowa jarzynowa. Wydaje mi się, że jesteś zestresowana.

Mamo. Co mam ci powiedzieć?

Chcę się skulić na tylnym siedzeniu malucha, za twoimi plecami w drodze międzyzdrojów ustki czy czegoś tam. Chcę tam leżeć cichutko, nie przypięta pasami. A ty mnie będziesz pytać co jakiś czas, czy chcę kanapkę z mortadelą. A ja będę mówić, że nie. Chcę położyć głowę na twoich rozgrzanych słońcem udach. Mamuś, nie wiem co mi jest. Ale jest mi tak dziwnie. Czy ty to widzisz? To życie to jest kurna jakiś joke! Zatraciłam, utraciłam umiejętność cieszenia się, na zawsze. Ratunku!

Nic nie mówię. Połykam rozgotowanego kalafiora. Spokojnie, bez paniki, to tylko wakacje.


Prawda oczami trzylatka

1.

Mamoo, zobacz, tutaj są dwa Murzyny!!

O boszsz! Faktycznie dwa Murzyny, między 3 a 5 rokiem życia, huśtają się z Młodym w czymś w rodzaju sieci pająka. Pragnę, żeby mój syn już przestał zwracać na to uwagę. Tak jak ja udaję, że nie zwracam. Choć przecież zwracam. Jednocześnie myślę, czy Murzyn to jest poprawnie powiedziane? Czarnoskóry? Afroamerykanin? Afropolak? Może jednak zmieńmy temat.

Murzyny żyją w Afryce! – chwali się swoją wiedzą Młody.

– Jak widać, nie tylko – mówię ostrożnie, uśmiechając się przepraszająco do dzieciaków, sorki kochani, my znać tylko Bambo…

– Tylko i wyłącznie! Tylko i wyłącznie! – skanduje moje słodkie dziecko. Przez chwilę myślę o tym, że każdy skinhead był kiedyś małym słodkim dzieckiem z przydługą grzywka i robi mi się źle. Ściągam Młodego na ziemię (dosłownie i metaforycznie).

– Nie można tak mówić.

Dlaczego?

– Bo to nieprawda. Ludzie o ciemnej skórze mogą mieszkać wszędzie.

Czuję opór masy.

– Tylko w Afryce, tylko w Afryce. Wiem to. Wiem to.

Młody nie rozumie. Trzeba by odpuścić i wrócić do tego później, ja jednak zbyt się obawiam o uczucia tamtych.

– Nie chcę tego więcej słyszeć!

Błąd! Błąd! Wyją syreny alarmowe! Młody zaplata ręce na piersi.

– Nie lubię Murzynów!!

No i masz! Wracamy do domu. Ja z poczuciem totalnej porażki, on absolutnie pewien, że Murzyni to psujzabawy.

Kilka dni później widzę, że gania się po podwórku przedszkolnym z czarnoskórym Aleksem.

– No i co? – pytam – czyli jednak lubisz dzieci, które mają ciemną skórę?

– Coś ty, mama! Aleks nie ma ciemną. On ma czekoladową.

Osz ty! Takie to było proste!

2.

– Mamo,  ja nie chcę siadać na fotelu Lorda.

Lord – kochany, wielki, nieco zeschizowany pies żył z moimi rodzicami przez piętnaście lat. Zdechł kilka miesięcy temu pozostawiając wszystkim ranę w sercu.

– Lord nie żyje, możesz siadać.

– Nie żyje?? Ale babcia mówiła, że on śpi.

– Lord umarł. To nie to samo.

– Na zawsze umarł?

– Na zawsze.

Młody zachmurzony.

– I nigdy już tu nie siądzie?

– Nigdy.

Młody podchodzi powoli do fotela, główka spuszczona. Czuję jak mnie ten szew po ranie w sercu ciągnie.

Nie chcę siedzieć na fotelu Lorda – powtarza Młody cicho.

– Czemu? – mam ściśnięte gardło.

Młody wzdycha głęboko. –

– Bo ten fotel śmierdzi.

3.

– Tato! Tato. Zobacz jaki stary staruszek!

Staruszek zbliża się żwawym krokiem, bo wcale nie jest takim znowu staruszkiem. Mijając Młodego, uśmiecha się.  Młody się  nie uśmiecha. Patrzy tylko smutno i głośno mówi do swojego taty.

– On niedługo wyginie.

Naprawdę bardzo Pana przepraszamy.


%d bloggers like this: