Zamieć

Wiatr uderzał w bok auta coraz mocniej i zaczęło mnie spychać prosto na barierkę. Skontrowałam kierownicą i z trudem wróciłam w koleiny śniegu. Wycieraczki latały po szybie, oszalałe i bezradne. Na moście nie było ani jednego samochodu. Temperatura odczuwalna – minus ileś tam.  Tylko ja wisiałam na tej pieprzonej kierownicy. Cała gorąca, w furii, w szoku. Co za kutas.

Była niedziela,  piętnastego grudnia, w życiu nie zapomnę.  Kilka godzin wcześniej siedzieliśmy na obiedzie u teściów. Przede mną stała salaterka z resztkami sałatki zatopionymi w majonezie. Firanki poruszały się, mimo zamkniętych okien. Spytałam teściową, czy może w czymś pomóc. Powiedziała, że nie trzeba, że nastawi zmywarkę. Oczywiście nie do tych naczyń ze złotym szlaczkiem.

Na kanapie, pod papieżem siedziała szwagierka z mężem. On tęsknie patrzył w stronę kompotu. Żeby dosięgnąć, musiałby się dźwignąć z kanapy, brzuchem oprzeć się o stół. Coś mogłoby się rozlać na obrus, mój Boże, wysiłek był nieopłacalny.

Ja i mój mąż mieliśmy miejsca na krzesłach, bo on zawsze dostaje miejsce na krześle. Dzieci leżały na dywanie i wgapiały się w komórkę. W pewnym momencie zaczęły marudzić, że coś nam tu, mamo, wyskoczyło. Mąż był w toalecie. Pokażcie no ten telefon.

Szwagier dostał dokładkę sernika i okruszki przykleiły mu się do brody. Patrzyłam na telefon męża. To była wiadomość do niego. Godzina czternasta trzynaście. Niedziela.

– Mama, mogę jeszcze ciasta?

Moja córka ma jasne włosy, które zaplatam w dwa warkoczyki i spinam z tyłu gumką, żeby jej nie wpadały do talerza. Nałożyłam ciasta. Ręce mi latały. Dużo jej nałożyłam. Porcję jak dzwon. Czternasta czternaście. Nalałam kompotu i wypiłam duszkiem na oczach szwagra. Byłego szwagra, zdaje się. Nie pamiętam, jak przetrwałam deser i jak dojechaliśmy do domu. Nie pamiętam, jak rozpakowywaliśmy reklamówki z jedzeniem od teściowej. Na pewno dostaliśmy jakieś reklamówki.

 

Ocknęłam się dopiero na moście, kiedy usiłowałam przedostać się z jebanej Białołęki, której nigdy nie polubiłam, do Śródmieścia. Chciałam oddzielić się od tego człowieka rzeką płynącego lodu i umrzeć. I wtedy z mojej torebki zaczął dobiegać głos Adele śpiewającej Skyfall.  Nie chciałam ani nie mogłam odbierać teraz telefonu.

– To ja… – powiedział głos, bo jednak zjechałam na pobocze i odebrałam.

Poznałam go od razu. Całował mnie wiele lat temu na studniówce, a potem włożył mi rękę pod białą bluzkę i tym samym został ze mną tak jakby na zawsze. Emil. Mógł do mnie zadzwonić przez ostatnie trzynaście lat jakieś milion razy. To teraz dzwoni. Chce mnie zaprosić na zjazd absolwentów? Wtedy, na szkolnym korytarzu, na studniówce, potem w szatni, na puchowych kurtkach. Dokładnie pod pokojem nauczycielskim. Nie bolało. Bałam się, ale był delikatny.

Teraz dzwoni. Jak już jest ojcem i mężem. I ma sklep z rowerami.  Teraz! Jak zimą jeździ na Goa, skąd udostępnia na fejsbuku zdjęcia bosej stopy i kolorowego drinka. Często zastanawiałam się, czemu nie jestem na miejscu jego żony. Być może to, co znalazł wtedy w szatni pod bluzką nie było satysfakcjonujące.

Wycie wiatru zagłuszało jego głos w telefonie, rwał się zasięg.

– Marta? Marta, gdzie ty jesteś?

Gdzie ja jestem? On się pyta. W dupie jestem. W czarnej dupie – stolicy pomyłek. Zaczęło się od szatni, studniówki, pieprzonych kurtek puchowych. To część pierwsza. W części drugiej pojawiła się Justynka. Miała wytatuowaną na kostce różę, myśli, że nie pamiętam? W trzeciej części wystąpiło wolne miejsce na polonistyce, valium, jointy, wino, chłopak na imprezie, na jednej, na drugiej, na trzeciej. Cześć czwarta  – ciąża i ślub. W epilogu kolejna ciąża, teść – policjant, teściowa – żona policjanta, biel firanek, papież na ścianie, zawód – nauczycielka. Wiadomość do męża w komórce dziś o trzynastej czternaście. On się pyta, gdzie ja jestem?

–  Na mieście. Umówiłam się… – resztki godności jak pestki od cytryny.

– Jestem na klatce pod mieszkaniem Dylana – przerwał  – Umówiliśmy się. Ale nie mogę wejść do środka. Telefon nie odpowiada, ale on tam jest, bo pali się światło. Boję się, że coś sobie zrobił. Możesz przyjechać?

Dylan nie wspominał mi nic o planach samobójczych, ale co miałam powiedzieć? Że nie? Dylan był naszym znajomym ze szkoły. Nie miał nic, oprócz psa i kawalerki na Ochocie, w której mieszkał od zawsze. Z kundlem i z babcią, a od niedawna już bez babci. Teraz Dylan się zabijał, umożliwiając mi spotkanie z Emilem, miło z jego strony.

Nie jest łatwo ruszyć starą toyotę yaris na oblodzonej drodze, pod wiatr, który wieje z prędkością stu dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę, ale w pewnych okolicznościach, na przykład, jeśli zdradził cię właśnie mąż, jest to całkiem wykonalne. Czy rzeczy po latach mogą się wciąż rozegrać tak jak w marzeniach?  Czy Emil na powitanie dotknie mojej ręki, czy mnie pocałuje? A może pocałuje i już nie przestanie? Przy gasnącym Dylanie. No nie, skupić się, ratować Dylana. Emil zdecydowanie powinien wyważyć drzwi. Jest przecież silny, muskularny. Wtedy, w szatni, był taki moment, że opierał się tylko na jednej ręce, a drugą…  Ratować Dylana! Czyż ten Emil nie jest wspaniały? Szlachetny jak strażak z Białegostoku, gaszący, z narażeniem życia,  płonącą cerkiew.

Dojechałam na Ochotę w wilgotnych majtkach. Cały ten świąteczny fajans dyndał na latarniach, szarpany wiatrem. Samochód ledwo dyszał. Paliła się kontrolka oleju. Od Grójeckiej w prawo prowadziła niewielka ślepa uliczka, osiedlowa dojazdówka. Zaparkowałam na miejscu dla niepełnosprawnych, bo nie ma kopert dla osób ratujących samobójców i wyskoczyłam w  śnieg. Biegłam. Ratować Dylana. Wywróciłam się, wstałam, poprawiłam włosy, biegłam dalej, przez śnieg, w stronę bloku, w którym babcia Dylana poczęstowała mnie kiedyś rabarbarowym ciastem, a wieczorem umarła. Jeszcze nie strawiłam ciasta, które zrobiła, a ona już umarła, pozostawiając mnie w nieutulonym poczuciu dyskomfortu.

Pogoda i pusta ulica byłyby odzwierciedleniem mojego stanu duszy, gdyby nie pan z pieskiem usiłujący spacerować pod wiatr. Im bardziej się do niego zbliżałam, tym lepiej widziałam,  że pan to Dylan. A piesek – to pies Dylana.

– Kurwa –  powitał mnie radośnie Dylan. – Co ty tu robisz?

Powinnam powiedzieć, że przyjechałam go ratować, ale nic nie było słychać przez ten wiatr.

– Nie jesteś w domu? – krzyczałam, kiedy chowaliśmy się do klatki.  Pies zadowolony, że nie zamarzł, a jeszcze się odlał, łasił się do moich ośnieżonych nóg. – Emil dzwonił. Że się chyba zabiłeś, bo masz ciężko.

Dylan gapił się na mnie, a potem zaczął biec po schodach w górę. Przeskakiwał po cztery schodki, pędził, pies za nim, ja za psem. Wpadliśmy do mieszkania, potem do drzwi i te drzwi były zamknięte. Dylan szarpał za klamkę.  Pies szczekał. Ja nic nie robiłam. Dylan mnie odepchnął, zrobił trzy kroki w tył i skoczył na drzwi. Zamek puścił, po podłodze z cichym stuk stuk rozsypały się śrubki. Emil spał na podłodze, ale jakoś tak dziwnie, z głową na bok. Potrząsaliśmy głową Emila i krzyczeliśmy głośno, nie śpij, nie śpij!

Wszystko się popierdoliło.

 

Na zewnątrz wciąż wieje, chociaż może trochę mniej. W tych okolicznościach przyrody nawet szpitalny korytarz jest przytulny jak przystanek Alaska. Siedzę na krzesełku, dłonie kładę na kolanach, obrączka odbija białe światło z sufitu. Dylan wychodzi wyjściem ewakuacyjnym na zewnątrz, wariat. Mimo wiatru, Dylan spokojnie odpala papierosa. Dylan ma czterdzieści dwa lata, Dylan ma siedemnaście lat, Emil ma płukanie żołądka, żona Emila szykuje kolację dla dzieci, mój mąż szykuje kolację dla dzieci. Mój mąż nie może dziś wyjść z domu.

Lekarz, który wyszedł od Emila mówi, że samobójca musi skoczyć z okna albo się powiesić, trucie rzadko kiedy się udaje. Trucie jest klasycznym wołaniem o pomoc. Bez sensu, to znaczy, nic mu nie będzie.

Stoimy z Dylanem przy automacie z kawą. Czarna kosztuje tylko złoty pięćdziesiąt, a z mlekiem dwa złote. Dylan opowiada o rozwodzie Emila, o tym, że kradł swoje dzieci z przedszkolnego ogródka przez ogrodzenie. Że wynajął jakieś mieszkanie, które mu się spaliło, bo pił i nie wyłączył gazu. Nie było ubezpieczone, to właściciel założył mu sprawę i wygrał, więc Emil mieszkał u Dylana.

– Mój mąż się w kimś zakochał – mówię. Bez sensu.

Dylan wdycha. Właśnie odratował kumpla, farbowanego samobójcę, a teraz jeszcze ja. Dylan jest bez nikogo, tylko z psem i z papierosami. Z wigiliami i weekendami, podczas których nikt nie ma czasu. Nic nie mówi. Co ma powiedzieć? Każdy z nas myśli, że mogłoby być zajebiście, patrząc na wpisy, zdjęcia bosej stopy, meldunki w barach, które mają nazwy miast z dalekiego wschodu. Pijemy piwo w Damaszku, oznacz znajomych, załącz zdjęcie. Mogłoby być tak zajebiście, a jest tak chujowo. Powinnam sobie zrobić taką koszulkę. Mój mąż powinien ją nosić. Emil powinien dostać ją w prezencie. Ogarnia mnie panika i chcę całować się ze strachu z Dylanem, wpakować mu język do ust. Potem nagle skręca mnie tęsknota za dziećmi. Opanowuję się jakoś, zaglądam do sali Emila. Leży pod kroplówką. Nie będę czekać, aż się obudzi. Ani pytać, po kiego grzyba dzwonił do mnie. Myślę, że jego była żona już upuściła talerz z kanapkami. Myślę, że mój mąż nie chciał się zakochać, ale nie miał już wyjścia.  Mój mąż ma swoje dobre strony. Teściowa zawsze daje mu krzesło. Pójdę do niej, położę jej głowę na udach i zapłaczę, niech mnie utuli. Być może kiedyś leżałam na jakiś kurtkach puchowych w szatni, ale nie jestem pewna.

 

Toyota yaris jest zasypana po dach, zaczynam zgarniać śnieg dłońmi martwymi od mrozu. Zajmie mi to wieki. Z drugiej strony ktoś przejeżdża po oknach auta rękawem kurtki. Pracujemy w milczeniu, aż śnieg przestaje za nami nadążać. Kiedy odjeżdżałam, widzę jeszcze w lusterku błysk zapalniczki, a w samochodzie zapala się lampka rezerwy.

 

Opowiadanie ukazało się po raz pierwszy w antologii „Nowe marzy” w ramach Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania 2014 (www.opowiadanie.org)


4 responses to “Zamieć

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: